20 kwietnia 2015

Jezusmaria


Na oddziale A leży starsza pani. Siwe kosmyki spadają na poduszkę policzka.

- Muszę je obciąć, wciąż wchodzą mi do oczu. - Mówi i zapomina.

Na oddziale B leży syn - nie Boży. Syn własny. Siadam przy niej i trochę nie wierzę.

- Synowa woziła mnie codziennie do niego, teraz jej nie ma. Ktoś od was powiedział, że mój syn nie żyje. Chyba. Nie chcę o tym myśleć, płakać, nic przecież nie wiadomo na pewno.

Słucham, nie wiem. Liczę, że pani jest splątana, że gorszy dzień. Idę do Basi.

- Mamy w hospicjum jednocześnie matkę i syna?

- Mieliśmy, syn umarł kilka dni temu. Czekaj, sprawdzę. W Wielki Piątek.

Jezus Maria - myślę. - Jezus Maria.

Ona jeszcze nie wie. Nikt z rodziny nie ma sił, bo pogrzeb, tysiąc spraw na głowie, a mi mówić nie wolno. Idę więc do kogoś, komu wolno.

- Może być ciężko - słyszę. - Pani ma alzheimera. Powiem jej oczywiście, powiem, ale nie wiem, czy jutro będzie pamiętać.

I nagle, kiedy już wiem o życiu tyle, że nie ma nic trudniejszego niż śmierć dziecka, dociera do mnie, jak bardzo się mylę. O śmierci dziecka można dowiadywać się codziennie od nowa.

Dzień świstaka/noc świstaka. Piekło niepamięci.

31 marca 2015

Igły, krople, dach


Wciąż nie mogę zabrać się za pisanie, a jeśli piszę, łapię te nitki, które nie prują szwów. Piszę obok. Nie ma tu na przykład słowa o Wojtku, choć jest w hospicjum od kilkunastu miesięcy, choć wspólny Kraków, Zaczarowana Piosenka i piwo na rynku, choć cisza, posiłki i bezradność, kiedy nie mogę go zrozumieć.

Wojtek równa się stwardnienie zanikowe boczne, równa się wózek, równa się brak samodzielności i wyścig z czasem.

Siedzimy na korytarzu obok jego łóżka. Kto chciałby miesiącami spać tak w hospicjum?

Może ktoś, kto nie dźwignie śmierci kolejnego sąsiada obok.
Może ktoś, kto ma dosyć siedzenia przy szybie i w ciszy.

- W domu lądowałem z wózkiem przy oknie, siedziałem tak od rana do powrotu żony. Przez pierwszą godzinę było nawet fajnie - iglaki w ruchu, czasem jakiś ptak czy pszczoła. Ale kiedyś przez kilka godzin policzyłem igły na sośnie.

(Naprawdę brzmiało to tak: "Wdo. Mu. Loo. Do. Waaa. Eem. Zwu. Skieee. Pszyyy. Ooonnie...")

Na korytarzu wciąż ruch.
Ruch - zbawienie, ruch - przekleństwo.

Studenci z meszkiem pod nosem i wargą w kreseczkę. Sekundę za długo patrzą na zdjęcia synów Wojtka, które wiszą nad łóżkiem. Przez chwilę mówią ciszej i na palcach.
Pielęgniarki - raz cudne, raz szpilki.
Wolontariusze i ich/moje słowotoki - raz w punkt, raz w płot.

Wciąż ktoś go głaszcze, całuje w czoło, poprawia bluzę z kapturem. 
Chcesz pić, wytrzeć ci nos, jedziemy na taras, jadłeś śniadanie? 
Wojtek kiwa że nie, Wojtek potakuje.

Napinam się jak struna, kiedy zadaję pytanie spoza tak i nie, tyle już razy go nie zrozumiałam. Każde słowo to wysiłek, zlepek zaokrąglonych, zlanych ze sobą sylab. Bezsilność z serii "kur*a mać", o której czasem, gdy jesteśmy sami, mu mówię. 
Wojtek rozumie, Wojtek się nie gniewa.

Chcesz pić, wytrzeć ci nos, jedziemy na taras, jadłeś śniadanie? - Strzelam w tym wesołym miasteczku, strzelam z krzywej wiatrówki i kręcę się w kółko.

- Za. Kop. Mi. Nnno.
- Jeszcze raz, Wojtek, przepraszam.
- Za. Khhop. Mi. Nnnos.
- Mam zakroplić ci nos?
Wojtek się uśmiecha.
- Gdzie masz krople, na szafce?
Skinienie.

Ostatnio poparzyłam mu język. Za mocno podgrzałam śniadanie w mikrofali. Nie był zły, uśmiechał się, ale nie mógł przez to zjeść obiadu. Walę głową w ścianę, w zdjęcia z dziećmi, w powietrze.

Basia organizuje Wojtkowi cele. Wyjazd nad morze, wyjazd do Krakowa, do centrum handlowego, teatru, kawiarni, na festyn, na rynek. Teraz wyjazd do Włoch, właściwie wylot, pielgrzymka.

- Już za dwa tygodnie, Wojtek! I polecisz samolotem!
- Wo. Lał. Bym. Saa. Moo. Cho. Dmm.
- Dlaczego samochodem, samolot też jest fajny.
- Wie. Cej. Bym. Zooo. Ba. Czyyył.
- Rozumiem.
- Nieee. Roo. Zu. Miesz. - Uśmiecha się ciepło.

Zamykam paszczę. To nie ja siedzę prawie dwa lata w hospicjum, to nie ja obijam się jak ćma o ściany z ciała. Nie rozumiem i nie zrozumiem, Wojtek ma rację.

Na zebraniu wolontariuszy Basia mówi o wyprawie z Wojtkiem. Że szaleństwo, że ryzyko, że też się boi. I że pomimo wszystko trzeba.

I oczy mi miękną, i odpada każde "ale", gdy słyszę jak mówi:

- Do ostatniego dnia przed wyprawą może się nie udać. Nie wiemy, jaki za dwa tygodnie będzie stan Wojtka, co się wydarzy po drodze. Próbujemy, bo może to być jego najważniejsza wyprawa, bo Wojtek to nie tylko chore ciało. Kiedy nie dało się normalnie przyjść do Jezusa, trzeba było wziąć chorego na noszach i spuścić go przez dach. I my właśnie to robimy.


***
Kocham Cię mocno, Basiu, i dziękuję. Pomimo strachu robisz wszystko, by uratować Wojtka choć na chwilę. Brakuje na to słów, ale wiesz że jestem.


A dla Was, mili, Zmartwychpowstań. I nie od święta, nie od siebie. 
Ku sobie.


21 lutego 2015

Panowie


Pan A zachorował na raka. Gdy o diagnozie dowiedziała się żona, powiedziała, że przeprasza. Podjęła już decyzję, on ma nie pytać dlaczego - i tak nie zrozumie. Rozwód bez orzekania o winie, wyprowadzka. Szpital jeden, drugi, potem hospicjum. Na święta wysłał do żony smsa, ale coś się stało z komórką.


Pan B mieszka sam, mieszkanie wynajęte od znanej lekarki. Lekarka pracuje w szpitalu, popołudniami prowadzi gabinet. Internet wypluwa mnóstwo dobrych opinii na temat jej pracy, podejścia do pacjentów. Pan B, ze względu na osłabienie chorobą i uporczywy ból, raz po raz wzywa karetkę. Po miesiącu pani doktor prosi go, by jednak się wyprowadził - tryb raczej natychmiastowy. Winni są ponoć sąsiedzi, pytają do kogo ta karetka i po co. Pytania krępują panią doktor. Pani doktor lubi oddychać pełną piersią, a z sąsiadami rozmawiać o pogodzie.


Pan C był w hospicjum, stan jest jednak na tyle stabilny, że trafił do domu. Odwiedzam go, biorę kompoty od mamy i ciasto. Nie dzwoniłam w wigilię, nie chciałam wchodzić z butami - wpadam do niego dziś.

- Jak święta?
- Brat u siostry nad morzem, córka u teściów, bo w tym roku tak wypadło. Syn też u teściów, zawsze tam jeździ od ślubu.
- Był pan w wigilię sam?
- No tak.

W wigilię wypucowałam dodatkowy talerz i sztućce, ustawiłam na stole, nie sprawdziłam. Tak mi wstyd.


Niedługo znów do nich jadę. Do niego.
Pan ABC weźmie swe kule, rękawiczki i da się porwać na spacer. Albo nie, bo mróz i ból.
Za dużo jak na jedną literę.

7 lutego 2015

W drodze



To moje wystąpienie na TEDx Toruń. Trochę w biegu, z tremą, bez slajdów, konspektów, coachów za plecami i obcasów. Znacie dobrze te historie. Postanowiłam się jednak z Wami podzielić - może się na coś przyda.

W najnowszym natomiast "W drodze" rozmowa:
 klik klik klik


Miejcie się dobrze!

Ps. Pstryk pstryk pstryk.

29 stycznia 2015

Trójkąt i ucho


Wystawa jest w samym sercu miasta, cykl zdjęć o odchodzeniu na amen.
Koordynatorka z hospicjum i dwie wolontariuszki w roli. Robimy za ekspertów - zdecydowanie nie w dziedzinie fotografii.

Fotografie są piękne, oszczędne, wyważone. Na sali studenci wydziałów artystycznych, przyjaciele autora. Zdjęcia dokumentują odchodzących po sobie rodziców, świat, który jakoś przy okazji się rozpada; pozostają przedmioty, wydmuszki ubrań.
Dyskusja toczy się wokół wolno/nie wolno fotografować, wolno/nie wolno wystawiać. Wyrazy uznania, wyrazy zaniepokojenia.

Najbardziej utkwiło mi pozornie nieudane, brzydkie zdjęcie. Prześwietlony kadr, w centralnym punkcie trójkątny uchwyt, który często można znaleźć nad łóżkiem chorego. Za trójkątem banalny obraz na ścianie: ścieżka, drzewa. Trójkąt odwraca uwagę, świeci światłem upiornej jarzeniówki. Perspektywa łóżka, perspektywa chorego.

Uchwyt przyjął na siebie błysk lampy, pejzaż z drugiego planu się oddala, jest niemal czarny. Świat sprzed choroby jest światem umarłym. Tu i teraz kroplówka, tu i teraz geometria leczenia.
Uchwyt bolesny, ratunkowy.

Oglądam kadr za kadrem, słucham.

I nagle Ula. Ula - wolontariuszka, która od kilku miesięcy jest codziennie przy hospicyjnym łóżku swojej mamy - wyciąga telefon i mówi, że też.

Robi zdjęcia, dużo zdjęć. Ręce, uśmiech, zbliżenie na ucho.

- To nie są artystyczne fotografie - mówi. - Ale mam je, robię, chronię.

- Zobaczcie - Ula unosi telefon. - To ucho mojej mamy.

Różowe ucho zajmuje cały ekran.

- Gdy mamy zabraknie, będę przykładać telefon do ust i mówić prosto do tego ucha.

23 grudnia 2014

Las i laska


Trudno mi ostatnio pisać o hospicjum. Mam świadomość, jak wiele osób czyta tego bloga, nie chcę nikogo naruszać, a na tę chwilę zmienianie dekoracji, chowanie za kotarą mocno mi nie leży, zabiera też energię i czas. Siedzę więc i moszczę w sobie historie, siedzę i odraczam. Jest dobrze - tak jak jest.

Tymczasem opowieść, którą dostałam od Ewy. Ewa to cudny człowiek, przygarnęła kiedyś do swojej przedszkolnej grupy mojego syna, to dzięki niej mały odżył i świat zaczął się nam układać. Wcześniej bywało różnie, ale to inna historia (klik). Dziecię z przedszkola pomaszerowało do szkoły, a nam relacja przetrwała i rośnie.

Otóż Ewa od jakiegoś czasu chodzi do pracy. Podkreślam: chodzi - żadnych tramwajów, rowerów i samochodów. Jako że przedszkole dość wcześnie otwiera swe podwoje, idzie Ewka ciemną nocą. Nie ma w fartuszku tysiąca gwiazd - raczej duszę na ramieniu, bo ciemno, zimno, bo wzdłuż jeziora i przy ścianie lasu. O tej porze nawet rowerzystów brak. Ciemno wszędzie, głucho wszędzie, co to będzie, co to będzie.

Będzie pan. Pan będzie szedł wprost na Ewę.
Krok zdecydowany, w dodatku towarzyszy mu jakiś dziwny dźwięk. Kto chodzi o tej porze i po co? Ewa napięta jak struna zastanawia się, czy nie skręcić do lasu. Facet zaatakuje i nikt jej tu nie pomoże. Regularne stuk-puk staje się coraz głośniejsze. Sprawa tym bardziej dziwna, że mężczyzna ubrany jest w odblaskową kamizelkę; zazwyczaj taką, jaką mają biegacze - tyle, że on nie biegnie. Ostatecznie Ewa zostaje na ścieżce, mężczyzna się zbliża.

I nagle widać laskę. Biały kijek stuka o asfalt, rysując dźwiękiem bezpieczną drogę. Jest piąta rano, a to, że ciemno, nie ma dla pana znaczenia. Zawsze jest ciemno, przed świtem po prostu mniej łyżworolek, wózków i ludzi. Mężczyzna spaceruje.
Ewa spotyka go kolejnego dnia i kolejnego. Stukot laski słychać nad jeziorem, w okolicy lasu, nowego zoo i domków jednorodzinnych. Widok pana w odblaskach i miarowe stuk-puk powoduje już tylko uśmiech.

Siedzę u Ewy na kanapie i myślę, skąd ten poranny spacer.
Może człowiek niedawno stracił wzrok i uczy się chodzić z laską.
Może się wstydzi kalectwa; ośmiela się wyjść tylko w ciemności.
Może nie chce pokazywać światu, że jest niewidomy, wybiera więc porę na spacer, kiedy to świat zamyka oczy.
Najbardziej jednak lubię tę wersję: ktoś, niemal co dnia, decyduje się na spacer przed świtem, by nie uszkodzić siebie i świata, by minimalizować ryzyko. Decyduje się, by - pomimo wszystko - po prostu iść.

Wieczorem czytam gdzieś: "Bywa, że trzeba przebyć daleką drogę, by wrócić do siebie".
Bywa i tak - myślę - że trzeba dobrze osiąść w sobie, by pozwolić ponieść się światu. Takim, jaki jest.

Tego Wam życzę na święta, spokoju i zgody. Niech Was niesie.

10 grudnia 2014

Dobronocka


Za dużo się dzieje, by teraz pisać. Blog dla cierpliwych. :)

Zostawiam Wam w zamian zapis niezwykłego spotkania w Trójce. Warto przebrnąć przez może ciut szorstki początek i posłuchać - choćby bardzo pięknych telefonów od słuchaczy. 
Wieczorem i nocą rozmawia się chyba najlepiej.


13 listopada 2014

Ikona


Występują: ojciec, syn boży i duch święty.

Ojciec umiera na raka. Może nie tu i teraz, jednak rak z przerzutami, kolejna chemia w toku. Ostatnia operacja nie wyszła; nie znacie dnia ani godziny.

Syn boży, ochrzczony - modli się, wierzy, pokornie maszeruje na religię i służy do mszy. Potem podrasta i już nie ma złudzeń - jest gejem. Trzeba to ukryć, zakopać, wyminąć. Nie wie więc ojciec, nie wie nikt. Po drodze synowi zdarza się parę dziewczyn, parę kłamstw i zgliszczy.
Przez dwadzieścia lat nie piśnie nikomu ani słowa, wyjedzie, ucieknie w pracę.

A teraz ten ojciec i rak wszechmogący.
Syn ma lat trzydzieści trzy - idealnie, by umrzeć i zmartwychwstać.
Nie do wiary.

Jako że nie ma żony, faceta i dzieci, zapełnia weekendy czym popadnie. Kino, książki, lepienie z gliny, dłubanie w drewnie, kurs pisania ikon. Ikon.
Dobry pomysł na gwiazdkowy prezent dla ojca. Ojciec wypadł mu w losowaniu prezentów, ciekawy zbieg okoliczności. Czasu jak na lekarstwo, syn liczy się z tym, że Boże Narodzenie może być ostatnie, chce zrobić coś od siebie, napisze ikonę.
Ojciec ma na imię Jerzy, naturalnie więc pada na świętego Jerzego walczącego ze smokiem. Smok niczym rak, walka w toku - wszystko synowi się składa. Żadna z ikon jednak do niego nie mówi.
Którejś nocy wpada mu w ręce obraz Jerzego Spowiednika. Informacji o świętym niewiele, za to coś w jego twarzy. Co to jednak może znaczyć? Ojciec ma pójść do spowiedzi? - Syn jeszcze ikony nie czyta, temat przysycha na kilka dni.
W końcu siada do stołu i stwierdza: trudno, niech będzie Spowiednik, nie rozumiem.
Ikona jest tradycyjna, żaden tam Nowosielski. Pogmatwane kolory twarzy, złoto, szczegóły.
Syn robi wszystko sam. Wybiera drewno, samodzielnie przygotowuje deskę, farby, impregnat. Świętego Spowiednika maluje w jeden dzień. Wyschniętą ikonę pakuje w ozdobny papier, przewiązuje kokardą i wiezie do Ojca. Ojcu ikona się podoba. Życzy synowi zdrowia i by zawsze był sobą. Syn wraca do domu.

Jerzy Spowiednik ma uważne i mądre oczy.
Świecą w cierpliwej twarzy, u ojca nad wersalką.

Kilka tygodni później syn zaprasza ojca na spacer. Parkują pod lasem, długo nie wychodzą z samochodu. I oto staje się cud. Syn mówi, ojciec słucha. To nie jest spowiedź z grzechów, nie ma winnych i się korzących. Syn pierwszy raz opowiada o tym, co przez dwadzieścia lat ukryte, syn zmartwychwstaje.

Ojciec życzy synowi szczęścia.
Syn wraca do siebie.
Święty patrzy ze ściany.

23 października 2014

Napis


- "Stracić twarz", tak mówią. Ja, proszę pani, tracę twarz dosłownie. Nie, płakać nie będę, tak tylko mówię, bo to jest nawet zabawne. Pod opatrunkiem rośnie mi skorupiak, ukwiał, cała koralowa rafa. Nie chce pani tego widzieć.

Herbata jest niepotrzebna, drzwi mogą być otwarte, do sklepu iść po nic nie trzeba.

Siadam obok i skubię mankiet.
Wolałabym uciec. Do lidla, do ikei obok - po cokolwiek, po pretekst.

Siedzę, skubię.
Nie nadam się tu do niczego, pionowa zmarszczka na czole, oczy w podłogę. Chcę przetrwać tę ciszę, choć nie wiem dla kogo to bardziej, dla niej czy dla siebie.

Siedzę.
Widzę jej buty, gumowe kapcie za grosze, do domu/ogrodu/szpitala. Długopisem ktoś wydrapał: "KROKSY".

- Niezłe te buty - mówię. - Firmowe, ręczna robota.

A ona parska śmiechem:

- Wnuk stwierdził, że są złe bez napisu. Wieczorem wzięłam długopis i sru.

10 października 2014

Próbka


Centrum miasta, poranek, rześkie powietrze i dziesięć minut przed czasem. Wchodzę do cukierni, kupuję drożdżówki i niosę je tacie, który pracuje obok. Idę przez plac, macham siatką, na ławkach gołębie przycupki. Jest ciepło, spokojnie, jest jesień.
Ginekolog na dziewiątą dwadzieścia - od lat ten sam i na ty. Badanie, gadanie.

Na koniec mówię:

- Kilka dni temu znalazłam na szyi kulkę, pewnie coś z tarczycą albo mi się zdaje. Zerkniesz?

Zerka. Robi się ciszej.

- Zrobię ci usg.

Głowica od badań ciężarnych brzuchów dość długo jeździ po szyi.

- Guz ma prawie 3 centymetry i nie jest jedyny. Kształt regularny, to dobra wiadomość. Mniej dobra - guz jest ukrwiony.

Nagle robi się mnie mniej.

- Umów się do endokrynologa, najlepiej dziś. Tu masz wydruk i dzwoń. Trzeba by biopsję na cito.

Dzwonię. Jakaś prywatna klinika, oferta nazywa się last minute, endokrynolog o jedenastej.

Wychodzę na ulicę, próbuję nie celebrować biedy, nie dzwonić do mamy, nie płakać.
To przecież najlepsza z opcji: tarczyca. Nie płuca, nie trzustka i pewnie nie rak. A nawet jeśli, prosty w leczeniu.

Nie wiem, gdzie zaparkowałam auto, w prawo czy w lewo.
Idę, oddycham.

Patrzę na nowe buty i na panią z pieskiem. Gdzieś obok tramwaj. Znajduję auto i jadę.

Prywatna klinika z kosmosu. Drzwi na kartę, donice i szkło, promocyjne pakiety dla rodzin, iPady. Docieram do lekarza, też jest markowy. Usg, znów sporo ciszy.

- Trzeba zrobić biopsję.

Głupio mi trochę, ale proszę o cennik. Jak u kosmetyczki.

- OK, robimy.

Cztery wkłucia, żaden dramat. Próbka na szkiełko, psik, psik.

- Im dłużej patrzę na tego guza, tym jestem spokojniejszy. - Mówi pan doktor w gratisie.

Węzły chłonne ukradkiem sprawdzam w windzie, są chyba w porządku.

Wsiadam do auta. Nie pędzę, nie tworzę, żadnej paniki ani nadmiernego optymizmu.
Jest jak jest, życie tak czasem ma.

Wracam do domu, rozmawiam z mamą, podaję przeziębionemu synkowi leki, coś jem, coś czytam.
Zamiast do hospicjum, jadę wieczorem do kina.

Czuję spokój, nie wymyślam go, czuję.

Trenowałam go ostro w szpitalu. To tam, leżąc miesiącami na wznak z dzieckiem w brzuchu, nauczyłam się dbać o to, na co mam wpływ. I wiem, spokój jest w zasięgu.

Żadnych pocieszeń, żadnych głasków, proszę. Wiem, że jesteście - dużo tu ciepła.

Macham z uśmiechem. Bo mogę. :)

20 września 2014

Mężowie i żony


Jarek na wózku, Marzena nie. Jarek w hospicjum, Marzena w domu. Małżeństwem są siedem lat. Z początku odwiedza go często, przynosi słodycze i soki. Jarek leży przy oknie. Za oknem sprawy i życie w ruchu. Życie. Po czasie przychodzi do niego raz w tygodniu. Spraw coraz więcej - wyjazdy, szkolenia, coś do napisania, załatwienia, coś z kimś do zjedzenia. Wpada co dwa tygodnie, co trzy. Później raz w miesiącu. Stoi chwilę przy ścianie.

***
Czesiu odchodzi na raty - gaśnie spokojnie, z uśmiechem. Żona, lat siedemdziesiąt parę, przychodzi każdego dnia w okolicy obiadu. Taszczy kompoty, przeciery i musy. Wykrochmaloną chustką wyciera pot, chowa ją potem w rękawie swetra. Umiera nagle, w domu, szykując Czesiowi garnitur na ostatnią drogę. Czesiu nie płacze. Czesiu zwija się w kulkę i wyje.

***
Julia schnie pod parapetem jak śliwka, lubi grzać się w słońcu. Staszek w za dużych spodniach i śmiesznych szelkach otwiera jej okno na oścież. Cierpliwie czeka na korytarzu aż zagotuje się woda. Herbata bez cukru i słaba - od czterdziestu dwóch lat. Kiedy Julia umiera, trzyma ją za rękę.

***
Po Jacku przejeżdża samochód, rozwala kręgosłup. Potem po Jacku przejeżdża się żona. Kilkaset tysięcy z ubezpieczenia trafia na jej konto - tak przecież wygodniej. Jacek w szpitalu, Jacek w hospicjum. Żona znika z pieniędzmi i nagłym przyjacielem.

***
- Trzeba odwołać sobotnią imprezę - mówi Zbyszek. - W tym stanie do domu na pewno nie wyjdę.
Dziś, dokładnie dziś, pięćdziesiąta rocznica ślubu, Zbyszek nie ma nawet kwiatów. 
- Co ze mnie za mąż... - głos mu się łamie.
Włodek-wolontariusz wychodzi na pół godziny. Wraca z ogromnym bukietem, róż jest pięćdziesiąt. Zbyszek płacze, czekają na żonę.

***
Rafał ma wypadek osiem miesięcy po ślubie. Traci czucie w nogach, po czasie pojawia się odleżyna. OIOM, szpital, rehabilitacja, dom, raz po raz hospicjum. Walka o ogień - ale ogień gaśnie. Beata chce ułożyć sobie jakoś życie. Jakoś bez wózka. Jest młoda, przeprasza za słabość, wszystko w sądzie załatwi. Rafał kiwa głową, zaciska powieki. Nocami gryzie pięści, czasem do krwi.

***
Ania zaczyna się przez internet, teraz przychodzi do hospicjum po pracy. Kończy dość późno, on jest już po kolacji. Wita się czule, robi dla siebie kanapki. Zjada, zdejmuje buty, pakuje się mu na kołdrę. Oglądają wiadomości, czasem jakiś serial, potem Ania dzwoni do mamy. Około dwudziestej drugiej rozkłada łóżko obok jego łóżka. Zasypia zawsze pierwsza; a on długo gładzi jej włosy. Budzą się wcześnie, Ania zwija materac, myje zęby, robi makijaż. Buziaki, co ci kupić, zadzwonię, papa. 
Pięści Rafała już bez ran, oczy szeroko otwarte, uśmiech.

8 września 2014

Chorowitek


Marzyłam o tym, by napisać bajkę. Najbezpieczniej marzy się oczywiście w kąciku i na ucho. Nie pomyślałam, że mogę zawalczyć; wychodziło mi na to, że inni potrafią lepiej, że bezpieczniej jest ich po prostu słuchać. A jak się okaże, że zwyczajnie nie potrafię?
Jedno zdanie usłyszane na studiach wbiło mi się jednak klinem: "Rozwój odbywa się najczęściej poza strefą komfortu". Gdy Wydawnictwo przyszło więc z propozycją, nie miałam wątpliwości - trzeba spróbować. I tak oto pojawił się Witek "Chorowitek".

Seria jest cudna i mam ogromne szczęście współtworzyć ją z takimi osobami jak Sylwia Chutnik,
Joanna Olech czy Grzegorz Kasdepke. A to nie wszyscy autorzy. :)

Tu więcej informacji.

W ramach oswajania strachów i odreagowywania tematów wiadomych, zaczęłam też pisać dla Onetu; to naprawdę miła odskocznia i trochę sposób na rozruszanie pióra:

Klik

Klik klik.


... Zorkownia taka jak zawsze, najbardziej moja i dla cierpliwych.

26 sierpnia 2014

Halinka


Pomagam pani Jance wysłać smsa. Mozolnie wystukany w czasie bezsennej nocy elaborat do wnuczki. Ćwiczymy przerzucanie wiadomości z folderu roboczego do skrzynki nadawczej i odwrotnie. Pełen sukces. Potem herbata, krzesło i opowieść:

- Wciąż o tym wszystkim myślę. Miałam sąsiadkę, mieszkała jakieś cztery klatki dalej. Wpierw było dobrze, zadbana, uśmiechnięta - potem nie wiem, co się stało. Zaczęła pić jeszcze jak żył jej mąż. Po śmierci męża poszło już na całego. Miała potwornie owrzodzone nogi, włosów nie czesała chyba wcale. Wciąż przesiadywała z lumpami na ławce pod blokiem. Raz widziałam, jak jakiś pijany facet rzucił z jej mieszkania fotel. Czwarte piętro, a ten krzyczy, żeby sobie wygodnie usiadła, bo ławka zajęta i żaden nie wstanie. Na szczęście poszła siku do klatki; mebel w drobny mak. Strach było dzieci puszczać obok. Kiedyś od pana Władka, stróża, pożyczyła okulary - że niby w urzędzie chce coś załatwić. Stróż z trójką dzieci i żoną na bezrobociu. Okularów nie oddała. Mnie zaczepiła tylko raz, prosiła o dwa złote na chleb. Spieszyłam się do kościoła, nie dałam. Potem gryzłam się całą mszę.
W tym samym bloku, choć jeszcze dalej, mieszkała trzydziestoparoletnia Halinka. Miała identyczną kawalerkę, jaką potem kupiliśmy pod wynajem. Mała, niepozorna. Halinka, o czym dowiedziałam się później, była z domu dziecka. Nie założyła rodziny. I niech sobie pani wyobrazi, że ta Halinka załatwiła pijaczce pomoc z MOPSu i chyba nawet rentę, chodziła z nią do lekarza i do okulisty, a mieszkanie wyprowadziła z długów. Myśmy potem kupili dom, więc ani alkoholiczki, ani Halinki nie widziałam. Po roku przyjeżdżam na osiedle, a tam? Pijaczka - ledwo ją poznałam. Nogi bez ran, obcasik, włosy pofarbowane, okulary na nosie, trzeźwa.

- A Halinka? - pytam.

- Wyciągnęła tamtą z nałogu, a potem umarła na raka.

21 lipca 2014

Onkocelebryta


"Przeżywam teraz najszczęśliwszy okres mojego życia" - cytuję za Janem Kaczkowskim.

- Tak, paradoksalnie tak. Pewnie zabrzmi to strasznie banalnie, ale teraz dostrzegam rzeczy, których kiedyś zupełnie nie zauważałem, mijałem obojętnie. No cóż, proszę państwa, tak to właśnie działa. Jeśli dostaniecie taką wielką pałą w głowę, to jak wam zaśpiewa skowronek albo pies zamerda ogonem, będziecie się cieszyli i zachwycali, jak jest pięknie. Ja nie jestem pod tym względem jakimś wyjątkiem, w niczym nie różnię się od tysięcy innych chorych.

Tak? To dlaczego Ksiądz nazywa siebie "onkocelebrytą"? 

- Pewnie dlatego, że wiele osób mówi mi, że gdziekolwiek dziś nie otworzy lodówki, tam jest Kaczkowski.

I to w najlepszym czasie antenowym.

- Śmieję się, że to właśnie taki "onkocelebrytyzm", bo jestem głównie znany z tego, że mam raka.

Ksiądz to mówi z przekąsem.

- Nie do końca. Raczej na takim półżarcie, ponieważ ten mój nowotwór - i mówię teraz zupełnie otwarcie - chciałbym umiejętnie "sprzedać", nie tak śmiertelnie poważnie. Ja nie znoszę tej śmiertelnej powagi śmierci. Bo ona może człowieka zabić, jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało.

***
...Ania Dymna, Jurek Owsiak, Ewa Błaszczyk, ksiądz Jan... Trzeba mieć w sobie dużo światła, siły, by stanąć na świeczniku i spokojnie robić swoje.

Więcej:
Jan Niezbędny

14 lipca 2014

Koszalin


Zapraszam Was serdecznie na spotkanie autorskie - wtorek (15.07.2014), godz. 17:00, studio koncertowe Radia Koszalin przy ulicy Piłsudskiego 41.
Swój udział należy potwierdzić telefonicznie: 94 34 70 900.

Przyjeżdżam na zaproszenie hospicyjnego lekarza, który polubił "Zorkownię" i mówił o niej tu:

klik klik klik

Oddałam do wydawnictwa bajkę - prawdziwą, moją. Ktoś ją właśnie ilustruje, czekam z uśmiechem. Marzenia się spełniają.
Któregoś spokojnego jesiennego wieczoru siądę i napiszę Wam o tych wszystkich (da się?) skutkach ubocznych i połączonych kropkach. Tymczasem wsiadam do pociągu, kierunek Koszalin.
Do zobaczenia!

24 czerwca 2014

Hom'e


Sufit, cztery ściany, łóżko pośrodku, okno po lewej, stolik, kroplówka.
Dom na teraz. Dom na amen.

Pomagam w prostych rzeczach, rozmawiamy, czasem masuję mu nogi. Codziennie odwiedza go kolega. Staje z boku, uśmiecha się, mówi niewiele. Na każde moje "zostawię was teraz, panowie" słyszę: "nie, proszę siedzieć". Czasem opowiada mi o nim sprzed choroby.

- Pomógł wielu ludziom, wie pani? Jest zbyt skromny, ale ja opowiem.

Opowiada, patrzy z troską.

Dowiaduję się dopiero potem.

Więcej niż kolega.
Czterdzieści lat pod jednym dachem, przy kuchennym stole, z jedną sypialnią, ogródkiem za oknem.

19 czerwca 2014

Nowa Wola


"Nazywają nas, lekarzy paliatywnych, lekarzami ostatniego kontaktu. Mamy szanse obserwować to, co się dzieje przed śmiercią. To taki czas, kiedy człowiek się rozwija. Nie możemy tego odpuścić. Bo człowiek w tym ostatnim okresie może wzrastać w swoim człowieczeństwie, a może też całkowicie skarłowacieć."

Proszę, przeczytajcie ten artykuł:

Lektura obowiązkowa. (klik)

"- Awansować? Wspinać się wyżej i wyżej? Dla kogo? Dla literek przed nazwiskiem? Dla pieniędzy? Wymieniać samochód na coraz lepszy model? Chwalić się zdjęciami z wakacji na Karaibach? Byłem tam i co z tego?

Jest humanistą. Dlatego też zrobił specjalizację z medycyny paliatywnej.

- (...)Wśród pacjentów nowotworowych ponad pięć lat od diagnozy przeżywa zaledwie 40 proc. chorych. Nie dawało mi to spokoju. A co z pozostałymi? Jak kończą życie? Jak można im pomóc?

Paweł, gdy robił specjalizację z medycyny paliatywnej, spotkał ludzi, którzy myślą podobnie jak on. 


- Pomyślałem: ci zapaleńcy mają rodziny, dzieci i muszą swoją pasję realizować w miejscach, gdzie zapewnią dzieciom dobre szkoły, sobie materialny byt. A ja jestem sam. Stać mnie na to, by zrobić szaleństwo, na które ktoś, kto ma rodzinę, nigdy by się nie zdecydował. I jak zacząłem się zastanawiać, jaki to ma być rodzaj szaleństwa, postawiłem sobie kryteria: że chciałbym zająć się opieką paliatywną w miejscu, gdzie wszędzie jest daleko, gdzie jest ubogo - śmieje się cicho: - Biznesplan totalnie odwrotny. Nic się nie opłaca! No i zrobiłem to."

Najlepsze, że nie musimy pana Pawła tylko podziwiać, a zwyczajnie dołożyć się do tego, co robi:

Wszelkie namiary tu (klik).

Konto: 52 8060 0004 0551 0139 2000 0010
Bank Spółdzielczy w Białymstoku, Oddział w Michałowie

18 czerwca 2014

Nie ma opcji


Mój pierwszy dzień po przerwie, jego drugi na oddziale. Startujemy.
Na początku pada kilka sakramentalnych pytań:

- Masz rodzinę, ktoś cię odwiedza?
- Ojciec i matka nie żyją, brat też. Jest tylko siostra.
- Przyjedzie?
- Nie, ostatni raz widzieliśmy się w sądzie.

Ciekawość staram się trzymać na wodzy. Wychodzi pół na pół. Obok leży jakiś pan, Robert więc mówi ciszej:

- Siostrzyczka myślała, że po śmierci rodziców dom będzie jej, że jak tam mieszka i się nimi zajmuje, to wszystko dostanie. Akurat!

…Szkoda.
Szkoda, bo Robert jest sam i na wózku. Do tego odleżyna, przetoka, brak nogi, bakterie, które dobrały się do kości. Z hospicjum wróci do domu opieki. I tu mam opowieść ze swojego podwórka. Ale nie teraz; trzeba ją jakoś oddzielić od historii Roberta, przewietrzyć temat, wrzucić mimochodem. 
W końcu jest moment:

- Wiesz, największą lekcję dostałam od ojca, gdy umarła babcia. Tata wcześniej bardzo o nią dbał, mimo że dzieliło ich ponad sto kilometrów. Jeździł tam dwa-trzy razy w miesiącu, zabierał brudne rzeczy, które potem prała mama, obcinał paznokcie, mył włosy, sprzątał, dbał o to, by ktoś przyniósł babci obiad ze stołówki, by na czas opłacić rachunki, dostać się do lekarza, załatwić recepty. Za ścianą obok mieszkało jej inne dziecko. To zawsze jest trudne. Gdy babcia zmarła, został dom i ziemia. Nie było podziałów, sądu. Tata zabrał tylko nakręcany zegar, kilka zdjęć i wazonik. Na pogrzebie przytuliliśmy się wszyscy. To było najważniejsze.

...Nie należało tego mówić.

Tyle wskazówek, ukrytych ocen w tej opowieści - zrozumiałam to dopiero przy następnym spotkaniu, przyjęłam tę lekcję z wdzięcznością.

Lekcja zaczęła się tak:

- Jak ci było w szkole na wózku, jak reagowały dzieci? Mała miejscowość, ponad trzydzieści lat temu; pewnie nie było lekko... - Pytam i trochę już wiem.

- Nie chodziłem do szkoły.

- Jak to? A podstawówka? Jest obowiązkowa chyba. - Jak widać, wiem niewiele.

- Nie. W takiej popegeerowskiej pipidówie nikt się nie interesuje, czy dziecko chodzi do szkoły. Przynajmniej ze mną tak było. W szkole uczyłem się dopiero po śmierci babci, ale to była tylko Szkoła Życia.

Strasznie mi wstyd, postanawiam już o nic nie pytać. Robert jednak idzie dalej:

- Jak się okazało, że urodziłem się niepełnosprawny, matka chciała mnie oddać do domu opieki. Babcia powiedziała, że w żadnym razie, że mnie wychowa. Mieszkaliśmy w różnych mieszkaniach, ale wszyscy w jednym bloku. Ja z dziadkami, oni z bratem i siostrą. Widywałem ich sporadycznie. Ojciec odzywał się do mnie tylko, gdy sobie wypił, bo normalnie nie. Właściwie to nie były żadne wielkie rozmowy, chciał mi po prostu postawić wódkę - "z ojcem się nie napijesz?" No nie napiłem się. Pierwszy zmarł dziadek. Babcia - jak miałem szesnaście lat. To wtedy trafiłem do ośrodka - choć oni żyli, to wtedy zaczęła się szkoła. Miejsca były tylko w domu dla upośledzonych umysłowo, więc trafiła mi się Szkoła Życia. Tak bardzo chciałem się uczyć, że udawałam przygłupa. Rok wałkowania literek i trzymania widelca. W końcu się pokapowali, że ze mną OK, że czytam i piszę od dawna. Na szczęście, zamiast mnie wypisać, robili mi indywidualne lekcje, ale świadectwo mam tylko ze szkoły dla upośledzonych.

Opowieść Roberta przerywa telefon. Dzwoni koleżanka, chcę się wycofać.

- Siedź, siedź.

Wiercę się na krześle, rozmowa trwa dość długo. Docierają do mnie strzępki serdecznych zdań, Robert jest miły, na oko rozmowa go cieszy. W końcu odkłada telefon i mówi lekko wydymając usta:

- Trajkotała jak najęta, musiałem ją wyłączyć.

Robi mi się przykro. Słyszałam przecież ciepłą rozmowę. Ktoś po drugiej stronie się troszczył, Robert na tę troskę odpowiadał.

- Muszę jechać po synka. Widzimy się w przyszłym tygodniu. - Mówię.

- Jasne. - Głos nagle matowieje. Robert odwraca się i włącza tablet. Koniec widzenia.

Nie wychodzi mi, myślę w aucie. Nie umiem, nie rozumiem.

Olśniło mnie dopiero w domu. Ktoś tak bardzo porzucony jak Robert musi odcinać się pierwszy, prewencyjnie. Kończy on, obojętnieje pierwszy, panuje, nie cierpi. Można tylko przychodzić, tylko dawać - bez ocen, oczekiwań. Zrozumiałam też całą tę szarpaninę o spadek. Od rodziców nie dostał nic. Porzucili go, uciekli w alkohol. Odebrali dom, nie pomogli zbudować relacji z rodzeństwem. Pieniądze to jedyna rzecz, która została. Coś, co się należy, bo prawnie jest się jednak czyimś synem. Synem. Robert nie ma skrupułów. Wszystkie oceny odpadły. Mam prawo powiedzieć, że robi źle, że nie warto się bić? Ja, wyczekane dziecko swoich rodziców, jedynaczka, która mogła rosnąć jak chce? Jak to jest mieszkać w DPS-ie przez tyle lat, jak to jest mieszkać w tym samym bloku z rodzicami, którzy się ciebie wyrzekli?

Piszę o Robercie otwarcie, z premedytacją nie zmieniam dekoracji  - zamówienie specjalne.

Niedawno wchodzę do jego pokoju, na stoliku "Zorkownia".

- Zobacz, co mam. - Zaczepia zawadiacko.

Peszę się okrutnie.

- Skąd masz tę książkę?

- A taki jeden wolontariusz mi opowiadał o tobie i książce, którą właśnie skończył czytać. Mówił, że warto, no to pożyczyłem. Jedna uwaga. Mogę?

- No wal. - Mięknę. Pierwszy raz widzę swoją książkę na stoliku pacjenta.

- W drugiej części musisz koniecznie napisać o mnie. Nie ma opcji.

- Zaczęłam o tobie i schowałam. Boję się publikować, bo to osobiste sprawy. Jesteś na oddziale, a ludzie są różni, nie każdy zrozumie.

- Mam to w nosie, pisz. I napisz jeszcze, że tu jest dzień do nocy. Wy, pielęgniarki... Nigdzie tak nie ma, a widziałem sporo. Mógłbym tu mieszkać.

- Zmienić imię?

- Nie, niech będzie jak jest. Przychodzisz w środę?

12 czerwca 2014

Reportaż


Zapraszam Was dziś (12.06) do reportażu w radiowej Trójce. Godzina 18:15.
Do odsłuchania również pod tym linkiem:

"Wymyśliłam sobie" - klik

Ps. Wróciłam do hospicjum kilka tygodni temu.
Blog dla cierpliwych - bez zmian. :)