8 września 2014

Chorowitek


Marzyłam o tym, by napisać bajkę. Najbezpieczniej marzy się oczywiście w kąciku i na ucho. Nie pomyślałam, że mogę zawalczyć; wychodziło mi na to, że inni potrafią lepiej, że bezpieczniej jest ich po prostu słuchać. A jak się okaże, że zwyczajnie nie potrafię?
Jedno zdanie usłyszane na studiach wbiło mi się jednak klinem: "Rozwój odbywa się najczęściej poza strefą komfortu". Gdy Wydawnictwo przyszło więc z propozycją, nie miałam wątpliwości - trzeba spróbować. I tak oto pojawił się Witek "Chorowitek".

Seria jest cudna i mam ogromne szczęście współtworzyć ją z takimi osobami jak Sylwia Chutnik,
Joanna Olech czy Grzegorz Kasdepke. A to nie wszyscy autorzy. :)

Tu więcej informacji.

W ramach oswajania strachów i odreagowywania tematów wiadomych, zaczęłam też pisać dla Onetu; to naprawdę miła odskocznia i trochę sposób na rozruszanie pióra:

Klik

Klik klik.


... Zorkownia taka jak zawsze, najbardziej moja i dla cierpliwych.

26 sierpnia 2014

Halinka


Pomagam pani Jance wysłać smsa. Mozolnie wystukany w czasie bezsennej nocy elaborat do wnuczki. Ćwiczymy przerzucanie wiadomości z folderu roboczego do skrzynki nadawczej i odwrotnie. Pełen sukces. Potem herbata, krzesło i opowieść:

- Wciąż o tym wszystkim myślę. Miałam sąsiadkę, mieszkała jakieś cztery klatki dalej. Wpierw było dobrze, zadbana, uśmiechnięta - potem nie wiem, co się stało. Zaczęła pić jeszcze jak żył jej mąż. Po śmierci męża poszło już na całego. Miała potwornie owrzodzone nogi, włosów nie czesała chyba wcale. Wciąż przesiadywała z lumpami na ławce pod blokiem. Raz widziałam, jak jakiś pijany facet rzucił z jej mieszkania fotel. Czwarte piętro, a ten krzyczy, żeby sobie wygodnie usiadła, bo ławka zajęta i żaden nie wstanie. Na szczęście poszła siku do klatki; mebel w drobny mak. Strach było dzieci puszczać obok. Kiedyś od pana Władka, stróża, pożyczyła okulary - że niby w urzędzie chce coś załatwić. Stróż z trójką dzieci i żoną na bezrobociu. Okularów nie oddała. Mnie zaczepiła tylko raz, prosiła o dwa złote na chleb. Spieszyłam się do kościoła, nie dałam. Potem gryzłam się całą mszę.
W tym samym bloku, choć jeszcze dalej, mieszkała trzydziestoparoletnia Halinka. Miała identyczną kawalerkę, jaką potem kupiliśmy pod wynajem. Mała, niepozorna. Halinka, o czym dowiedziałam się później, była z domu dziecka. Nie założyła rodziny. I niech sobie pani wyobrazi, że ta Halinka załatwiła pijaczce pomoc z MOPSu i chyba nawet rentę, chodziła z nią do lekarza i do okulisty, a mieszkanie wyprowadziła z długów. Myśmy potem kupili dom, więc ani alkoholiczki, ani Halinki nie widziałam. Po roku przyjeżdżam na osiedle, a tam? Pijaczka - ledwo ją poznałam. Nogi bez ran, obcasik, włosy pofarbowane, okulary na nosie, trzeźwa.

- A Halinka? - pytam.

- Wyciągnęła tamtą z nałogu, a potem umarła na raka.

21 lipca 2014

Onkocelebryta


"Przeżywam teraz najszczęśliwszy okres mojego życia" - cytuję za Janem Kaczkowskim.

- Tak, paradoksalnie tak. Pewnie zabrzmi to strasznie banalnie, ale teraz dostrzegam rzeczy, których kiedyś zupełnie nie zauważałem, mijałem obojętnie. No cóż, proszę państwa, tak to właśnie działa. Jeśli dostaniecie taką wielką pałą w głowę, to jak wam zaśpiewa skowronek albo pies zamerda ogonem, będziecie się cieszyli i zachwycali, jak jest pięknie. Ja nie jestem pod tym względem jakimś wyjątkiem, w niczym nie różnię się od tysięcy innych chorych.

Tak? To dlaczego Ksiądz nazywa siebie "onkocelebrytą"? 

- Pewnie dlatego, że wiele osób mówi mi, że gdziekolwiek dziś nie otworzy lodówki, tam jest Kaczkowski.

I to w najlepszym czasie antenowym.

- Śmieję się, że to właśnie taki "onkocelebrytyzm", bo jestem głównie znany z tego, że mam raka.

Ksiądz to mówi z przekąsem.

- Nie do końca. Raczej na takim półżarcie, ponieważ ten mój nowotwór - i mówię teraz zupełnie otwarcie - chciałbym umiejętnie "sprzedać", nie tak śmiertelnie poważnie. Ja nie znoszę tej śmiertelnej powagi śmierci. Bo ona może człowieka zabić, jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało.

***
...Ania Dymna, Jurek Owsiak, Ewa Błaszczyk, ksiądz Jan... Trzeba mieć w sobie dużo światła, siły, by stanąć na świeczniku i spokojnie robić swoje.

Więcej:
Jan Niezbędny

14 lipca 2014

Koszalin


Zapraszam Was serdecznie na spotkanie autorskie - wtorek (15.07.2014), godz. 17:00, studio koncertowe Radia Koszalin przy ulicy Piłsudskiego 41.
Swój udział należy potwierdzić telefonicznie: 94 34 70 900.

Przyjeżdżam na zaproszenie hospicyjnego lekarza, który polubił "Zorkownię" i mówił o niej tu:

klik klik klik

Oddałam do wydawnictwa bajkę - prawdziwą, moją. Ktoś ją właśnie ilustruje, czekam z uśmiechem. Marzenia się spełniają.
Któregoś spokojnego jesiennego wieczoru siądę i napiszę Wam o tych wszystkich (da się?) skutkach ubocznych i połączonych kropkach. Tymczasem wsiadam do pociągu, kierunek Koszalin.
Do zobaczenia!

24 czerwca 2014

Hom'e


Sufit, cztery ściany, łóżko pośrodku, okno po lewej, stolik, kroplówka.
Dom na teraz. Dom na amen.

Pomagam w prostych rzeczach, rozmawiamy, czasem masuję mu nogi. Codziennie odwiedza go kolega. Staje z boku, uśmiecha się, mówi niewiele. Na każde moje "zostawię was teraz, panowie" słyszę: "nie, proszę siedzieć". Czasem opowiada mi o nim sprzed choroby.

- Pomógł wielu ludziom, wie pani? Jest zbyt skromny, ale ja opowiem.

Opowiada, patrzy z troską.

Dowiaduję się dopiero potem.

Więcej niż kolega.
Czterdzieści lat pod jednym dachem, przy kuchennym stole, z jedną sypialnią, ogródkiem za oknem.

19 czerwca 2014

Nowa Wola


"Nazywają nas, lekarzy paliatywnych, lekarzami ostatniego kontaktu. Mamy szanse obserwować to, co się dzieje przed śmiercią. To taki czas, kiedy człowiek się rozwija. Nie możemy tego odpuścić. Bo człowiek w tym ostatnim okresie może wzrastać w swoim człowieczeństwie, a może też całkowicie skarłowacieć."

Proszę, przeczytajcie ten artykuł:

Lektura obowiązkowa. (klik)

"- Awansować? Wspinać się wyżej i wyżej? Dla kogo? Dla literek przed nazwiskiem? Dla pieniędzy? Wymieniać samochód na coraz lepszy model? Chwalić się zdjęciami z wakacji na Karaibach? Byłem tam i co z tego?

Jest humanistą. Dlatego też zrobił specjalizację z medycyny paliatywnej.

- (...)Wśród pacjentów nowotworowych ponad pięć lat od diagnozy przeżywa zaledwie 40 proc. chorych. Nie dawało mi to spokoju. A co z pozostałymi? Jak kończą życie? Jak można im pomóc?

Paweł, gdy robił specjalizację z medycyny paliatywnej, spotkał ludzi, którzy myślą podobnie jak on. 


- Pomyślałem: ci zapaleńcy mają rodziny, dzieci i muszą swoją pasję realizować w miejscach, gdzie zapewnią dzieciom dobre szkoły, sobie materialny byt. A ja jestem sam. Stać mnie na to, by zrobić szaleństwo, na które ktoś, kto ma rodzinę, nigdy by się nie zdecydował. I jak zacząłem się zastanawiać, jaki to ma być rodzaj szaleństwa, postawiłem sobie kryteria: że chciałbym zająć się opieką paliatywną w miejscu, gdzie wszędzie jest daleko, gdzie jest ubogo - śmieje się cicho: - Biznesplan totalnie odwrotny. Nic się nie opłaca! No i zrobiłem to."

Najlepsze, że nie musimy pana Pawła tylko podziwiać, a zwyczajnie dołożyć się do tego, co robi:

Wszelkie namiary tu (klik).

Konto: 52 8060 0004 0551 0139 2000 0010
Bank Spółdzielczy w Białymstoku, Oddział w Michałowie

18 czerwca 2014

Nie ma opcji


Mój pierwszy dzień po przerwie, jego drugi na oddziale. Startujemy.
Na początku pada kilka sakramentalnych pytań:

- Masz rodzinę, ktoś cię odwiedza?
- Ojciec i matka nie żyją, brat też. Jest tylko siostra.
- Przyjedzie?
- Nie, ostatni raz widzieliśmy się w sądzie.

Ciekawość staram się trzymać na wodzy. Wychodzi pół na pół. Obok leży jakiś pan, Robert więc mówi ciszej:

- Siostrzyczka myślała, że po śmierci rodziców dom będzie jej, że jak tam mieszka i się nimi zajmuje, to wszystko dostanie. Akurat!

…Szkoda.
Szkoda, bo Robert jest sam i na wózku. Do tego odleżyna, przetoka, brak nogi, bakterie, które dobrały się do kości. Z hospicjum wróci do domu opieki. I tu mam opowieść ze swojego podwórka. Ale nie teraz; trzeba ją jakoś oddzielić od historii Roberta, przewietrzyć temat, wrzucić mimochodem. 
W końcu jest moment:

- Wiesz, największą lekcję dostałam od ojca, gdy umarła babcia. Tata wcześniej bardzo o nią dbał, mimo że dzieliło ich ponad sto kilometrów. Jeździł tam dwa-trzy razy w miesiącu, zabierał brudne rzeczy, które potem prała mama, obcinał paznokcie, mył włosy, sprzątał, dbał o to, by ktoś przyniósł babci obiad ze stołówki, by na czas opłacić rachunki, dostać się do lekarza, załatwić recepty. Za ścianą obok mieszkało jej inne dziecko. To zawsze jest trudne. Gdy babcia zmarła, został dom i ziemia. Nie było podziałów, sądu. Tata zabrał tylko nakręcany zegar, kilka zdjęć i wazonik. Na pogrzebie przytuliliśmy się wszyscy. To było najważniejsze.

...Nie należało tego mówić.

Tyle wskazówek, ukrytych ocen w tej opowieści - zrozumiałam to dopiero przy następnym spotkaniu, przyjęłam tę lekcję z wdzięcznością.

Lekcja zaczęła się tak:

- Jak ci było w szkole na wózku, jak reagowały dzieci? Mała miejscowość, ponad trzydzieści lat temu; pewnie nie było lekko... - Pytam i trochę już wiem.

- Nie chodziłem do szkoły.

- Jak to? A podstawówka? Jest obowiązkowa chyba. - Jak widać, wiem niewiele.

- Nie. W takiej popegeerowskiej pipidówie nikt się nie interesuje, czy dziecko chodzi do szkoły. Przynajmniej ze mną tak było. W szkole uczyłem się dopiero po śmierci babci, ale to była tylko Szkoła Życia.

Strasznie mi wstyd, postanawiam już o nic nie pytać. Robert jednak idzie dalej:

- Jak się okazało, że urodziłem się niepełnosprawny, matka chciała mnie oddać do domu opieki. Babcia powiedziała, że w żadnym razie, że mnie wychowa. Mieszkaliśmy w różnych mieszkaniach, ale wszyscy w jednym bloku. Ja z dziadkami, oni z bratem i siostrą. Widywałem ich sporadycznie. Ojciec odzywał się do mnie tylko, gdy sobie wypił, bo normalnie nie. Właściwie to nie były żadne wielkie rozmowy, chciał mi po prostu postawić wódkę - "z ojcem się nie napijesz?" No nie napiłem się. Pierwszy zmarł dziadek. Babcia - jak miałem szesnaście lat. To wtedy trafiłem do ośrodka - choć oni żyli, to wtedy zaczęła się szkoła. Miejsca były tylko w domu dla upośledzonych umysłowo, więc trafiła mi się Szkoła Życia. Tak bardzo chciałem się uczyć, że udawałam przygłupa. Rok wałkowania literek i trzymania widelca. W końcu się pokapowali, że ze mną OK, że czytam i piszę od dawna. Na szczęście, zamiast mnie wypisać, robili mi indywidualne lekcje, ale świadectwo mam tylko ze szkoły dla upośledzonych.

Opowieść Roberta przerywa telefon. Dzwoni koleżanka, chcę się wycofać.

- Siedź, siedź.

Wiercę się na krześle, rozmowa trwa dość długo. Docierają do mnie strzępki serdecznych zdań, Robert jest miły, na oko rozmowa go cieszy. W końcu odkłada telefon i mówi lekko wydymając usta:

- Trajkotała jak najęta, musiałem ją wyłączyć.

Robi mi się przykro. Słyszałam przecież ciepłą rozmowę. Ktoś po drugiej stronie się troszczył, Robert na tę troskę odpowiadał.

- Muszę jechać po synka. Widzimy się w przyszłym tygodniu. - Mówię.

- Jasne. - Głos nagle matowieje. Robert odwraca się i włącza tablet. Koniec widzenia.

Nie wychodzi mi, myślę w aucie. Nie umiem, nie rozumiem.

Olśniło mnie dopiero w domu. Ktoś tak bardzo porzucony jak Robert musi odcinać się pierwszy, prewencyjnie. Kończy on, obojętnieje pierwszy, panuje, nie cierpi. Można tylko przychodzić, tylko dawać - bez ocen, oczekiwań. Zrozumiałam też całą tę szarpaninę o spadek. Od rodziców nie dostał nic. Porzucili go, uciekli w alkohol. Odebrali dom, nie pomogli zbudować relacji z rodzeństwem. Pieniądze to jedyna rzecz, która została. Coś, co się należy, bo prawnie jest się jednak czyimś synem. Synem. Robert nie ma skrupułów. Wszystkie oceny odpadły. Mam prawo powiedzieć, że robi źle, że nie warto się bić? Ja, wyczekane dziecko swoich rodziców, jedynaczka, która mogła rosnąć jak chce? Jak to jest mieszkać w DPS-ie przez tyle lat, jak to jest mieszkać w tym samym bloku z rodzicami, którzy się ciebie wyrzekli?

Piszę o Robercie otwarcie, z premedytacją nie zmieniam dekoracji  - zamówienie specjalne.

Niedawno wchodzę do jego pokoju, na stoliku "Zorkownia".

- Zobacz, co mam. - Zaczepia zawadiacko.

Peszę się okrutnie.

- Skąd masz tę książkę?

- A taki jeden wolontariusz mi opowiadał o tobie i książce, którą właśnie skończył czytać. Mówił, że warto, no to pożyczyłem. Jedna uwaga. Mogę?

- No wal. - Mięknę. Pierwszy raz widzę swoją książkę na stoliku pacjenta.

- W drugiej części musisz koniecznie napisać o mnie. Nie ma opcji.

- Zaczęłam o tobie i schowałam. Boję się publikować, bo to osobiste sprawy. Jesteś na oddziale, a ludzie są różni, nie każdy zrozumie.

- Mam to w nosie, pisz. I napisz jeszcze, że tu jest dzień do nocy. Wy, pielęgniarki... Nigdzie tak nie ma, a widziałem sporo. Mógłbym tu mieszkać.

- Zmienić imię?

- Nie, niech będzie jak jest. Przychodzisz w środę?

12 czerwca 2014

Reportaż


Zapraszam Was dziś (12.06) do reportażu w radiowej Trójce. Godzina 18:15.
Do odsłuchania również pod tym linkiem:

"Wymyśliłam sobie" - klik

Ps. Wróciłam do hospicjum kilka tygodni temu.
Blog dla cierpliwych - bez zmian. :)

2 czerwca 2014

Wiosna w sercu


Pierwsza ciąża.
Druga ciąża.
Trzecia ciąża.
Czwarta ciąża.

Spotykam Jolę w centrum handlowym, jest rok 2012, zaczynają się wakacje.

- Co u ciebie? - pyta.
- Za miesiąc histerektomia.
- Dajesz radę?
- A ty?

Uśmiechamy się. Jola szczupła i blada. Ciąże wyparowały.

- To będzie ostatnia próba. Więcej nie wytrzymam.

Jadzia rodzi się dwudziestego pierwszego marca 2013 roku. Dziecko z nieba i z serca.
Z serca złożonego nie tak.
Wada jest na tyle poważna, że nawet najlepszy doktor na świecie rozkłada ręce. Trzeba czekać. Jadzia ma rosnąć, serce ma rosnąć, naczynia krwionośne mają się powiększyć. Do domu przyjeżdża lekarka z hospicjum.

Spotykamy się w lutym tego roku na rodzinnej imprezie. Jola niechętnie wychodzi z domu, ale osiemnastka chrześniaka jest raz w życiu. Siedzimy obok siebie, oglądam zdjęcia Jadzi w telefonie. Sto zdjęć, tysiąc zdjęć. Jola świeci.

- Pojadę już, co? Mam nadzieję, że mała nie będzie spać jak wrócę.

Maj - ten, co minął właśnie; jest chwilę po Dniu Matki. Walczę z garnkami w kuchni, łowię sygnał smsa, ale się przecież nie pali. Pozmywam, zrobię kawę, przeczytam za chwilę.

...Przeczytam za chwilę, że Jadzi już nie ma, że pstryk, pogrzeb w piątek o dwunastej.


Przed mszą, na rzutniku, filmy z komórki Joli:

Jadzia trzyma babcię za ręce, zaczyna chodzić.
Robi śmieszne miny, prycha.
Uśmiecha się od ucha do ucha.
Jola całuje ją w czubek głowy.

Jestem w proszku.

Kościół cały na biało. Z sufitu zwisają papierowe anioły, na każdym imię dziecka.
Julia, Lena, Miłosz, Jakub, Marianna, Ania.
Dopiero po chwili się orientuję: maj, czas Pierwszej Komunii.

Jola na biało.
Jola prosto-padle.

W cmentarnej kaplicy dotyka trumny tak samo jak ja. Nie może się odkleić.

Stoi nad otwartym grobem. Stoi na brzegu, na krawędzi.
Pochyla się do przodu i gwałtownie cofa.
Jak ja wtedy.

I nagle mocno czuję, co zakopałam słowami.

Historia Martynki rysuje się w kilku punktach. Dobijam do mini-brzegów, zawsze tych samych.

Poród - ze studentami obok i mężem za drzwiami.
To, że ją trzymam za łapkę.
To, co jej mówię na koniec.
To, jak dostaję ją POTEM na ręce.
Jak idę dalej, nie tonę.
Jak się mam teraz.

Opowiedziałam to dziesiątki razy. Mamom po stracie, dziennikarzom, reżyserom, pacjentom.
Koleiny opowieści stały się bezpiecznym okopem.

Pomiędzy jednym brzegiem a drugim jest jednak przestrzeń. Nie wykadrują jej słowa.
Widzę Jolę i widzę to, czego nie chciałam podawać - sobie samej - dalej.

Boli.

Panowie ubijają ziemię łopatą, świeci słońce, na niebie ptaki skądś dokądś.

Ostatni dzień Wiosny.

21 maja 2014

Spotkania

Właśnie obejrzałam program o "Zorkowni" i trochę też o samej sobie.

Siedzę na kanapie i podglądam, jak się mnie widzi, jak czyta. Uśmiecham się, bo to nie ma znaczenia, czy zawsze czyta się "w punkt", czy nitki przyczyn i skutków są powiązane tak, jak związałam je sama.

Wzruszył mnie pan doktor. Oddał mi, temu jak patrzę/myślę/mówię, sporo swojego czasu.
Dziękuję za czułość i ciepło. Uważny lekarz w hospicjum to skarb.



Niedawno byłam też na dwóch spotkaniach autorskich.
Ze sobą.
Zygmunt Miłoszewski, który - jako poczytny autor - zaliczył dziesiątki takich spotkań, powiedział mi kiedyś, że gdy ktoś go pyta, gdzie się wybiera, odpowiada: "na spotkanie z ciekawym człowiekiem." Zabawne - i nie tylko. Zastanawiam się, czy można zobaczyć siebie jako ciekawego człowieka bez zażenowania, ale i bez narcystycznych obertasów. W każdym razie próbuję.

Ostatnie spotkania były wyjątkowe. Gościeszyn, Rogowo - miasteczka-wróbelki, przytulne biblioteki, pogodni ludzie, wszystko mniejsze i bliżej. Bez napięcia i koturnów, bo szkoda czasu. Pełna harmonia.

A propos:



Patrzę na ten film i się uśmiecham. Jest o wielu rzeczach.
O tym, że dobrze jest czasem podjąć ryzyko, dobrze jest zwolnić.
Odezwać się, zaśpiewać, dotknąć.
Nie chcieć niczego w zamian.
Zderzyć się, połączyć siły.
Wnieść coś i wynieść.
Iść dalej.
Wracać.

To film również o hospicjum.


...No i zapraszam Was do Gdańska.
Widzimy się w najbliższy piątek.




15 maja 2014

Zamachowiec

Do centrum Rzymu docieramy w okolicach dwudziestej pierwszej. Plac Świętego Piotra ma być otwarty o piątej. Jezus Maria, osiem godzin! A potem jeszcze pięć - do kanonizacji. Chmury raczej deszczowe, pewnie się ochłodzi. Pod opieką Przemek, wózek i cewnik. Rozbijamy obóz na bruku. Zośka-wolontariuszka wywija flagą, Przemek w skowronkach. Zawijam się w czyjś koc, kładę na karimacie. Skowronki, śpiewy i flagi jakoś mi się nie udzielają - trochę głupio.
Wciąż ktoś przechodzi, depta po plecakach. Zośka przegania wszystkich: stop/inwalida/nie ma przejścia/no, no/go away. Po chwili drzemy się obie.

- Nie idźcie tam, ulica zamknięta, rozłóżcie się za nami. - Apelujemy w stronę pielgrzymek, które suną do przodu. To nic nie daje; muszą iść, muszą wrócić. Jesteśmy podeptane i złe.

Po lewej Włosi - na oko jakieś 17 lat. Zaczynamy rozmawiać, potem Abba Ojcze i brawa. Z oklaskami daję sobie spokój, a zamiast śpiewać, stukam w udo wskazującym palcem i kiwam głową. Chociaż to. Ktoś wyciąga karty, grupa Hiszpanów zaczyna różaniec. Dzieciaki powchodziły w śpiwory, tulą się do siebie, próbują zasnąć.

Jeszcze chwila, jeszcze kilka spokojnych oddechów.

Nagle...
Otwarli bramki!

Zaspani Włosi z przerażeniem zbierają manatki. Ktoś kopnął śpiwór, ktoś krzyczy, plastikowe butle pękają pod naporem butów, łamie się czyjeś krzesło. Tłum jak tsunami, jak rwąca rzeka - napiera, tratuje i pcha. Jakie to szczęście, że Przemek został na wózku, że nie kładliśmy go na matę.
Biorę, co popadnie. Torbę Przemka, swój plecak, czyjś pled, karimatę. Mam rozwiązane sznurówki. Gubimy kilka rzeczy, grupa zostaje rozbita.

Pstryk, stop, fałszywy alarm. Bramy jednak zamknięte.
Przesunęliśmy się ledwie o kilkaset metrów. Stoimy - sardynki w puszce - przed nami przynajmniej pięć godzin do otwarcia placu. Później kolejnych pięć.

Takich zrywów jest jeszcze kilka.

Ostatni najgorszy. Gdy usunięto blokadę, wpadliśmy w wir. Ludzie w owczym pędzie znów potykają się o porzucone butelki, deptają po butach, śpiworach. Otaczamy Przemka, próbując odeprzeć tłum. Nagle ktoś popycha mnie z całej siły, wpadam na wózek, który się niemal przewraca. Zaczynam krzyczeć. Chłopak rozpycha się nadal. Krzyczę więc głośniej, że ma się odsunąć, uważać, że wózek.

- To nie ja, to ludzie za mną. - Mówi po angielsku, klepiąc mnie po ramionach, barkach i klatce piersiowej.

Wpadam w panikę, nie mogę uciec:
- Stay away. Fuck off!

Odpycham jego ręce, bo tylko tyle mogę; facet ma dzikie oczy. Jestem pewna, że jest pod wpływem narkotyków lub leków.

- Zośka, widzisz go?

- Bierz plecak do przodu i uważaj! - odpowiada.

Docieramy na plac świętego Piotra. Za nami sznur wolontariuszy - wreszcie ktoś wpadł na pomysł, by wpuszczać ludzi sekwencyjnie. Na placu, o dziwo, sporo miejsca. Stajemy za dziennikarzami. Udaje się nawet rozłożyć karimatę i zrzucić bagaże. Siadamy bez słowa. Nagle on. Złodziej o dzikich oczach. Kładzie plecak tuż obok naszych.
Stoi. Stoi i patrzy przed siebie. Prawą rękę chowa za kurtką.

To nie złodziej - myślę. Nie przyjechał tu, by kraść. Zrobi coś gorszego.

Szturcham Zośkę:

- Popatrz na niego. Co widzisz?

- Jezus Maria, on ma broń!

Przy wejściu na plac nie było żadnej kontroli. Ludzie trzymają więc parasole, ostro zakończone flagi, szklane butelki, ktoś od nas w plecaku ma scyzoryk. Wniesienie broni czy bomby nie jest tu problemem. Miejsce idealne, wprost za dziennikarzami. Relacja online w mgnieniu oka. Nie trzeba zabijać papieża przecież, można zabić kogoś z tłumu lub siebie samego. Służb porządkowych jak na lekarstwo. Zresztą: zgłosimy i co? Powiemy, że nam się wydaje? Że chłopak ma broń? Usuną nas z placu. Kogoś już usunęli, ponoć krzyczał - opowiada jakaś pani. Słyszę co drugie słowo. A co z Przemkiem? Mamy dobre miejsca. Wyproszą nas; Przemek tak wiele przeszedł, by tu być. 

Facet stoi bez ruchu dobre trzydzieści minut. Zero kontaktu, ręka wciąż pod kurtką.
Nagle zostawia plecak, odchodzi.

- Tam jest bomba, mówię ci.

Mija kolejne piętnaście minut. Może przesunąć gdzieś ten plecak? A jak wróci i zobaczy, że ruszam mu rzeczy?
Chłopak wraca. Siada na piętach, czoło do plecaka i zastyga. Zośka mnie szturcha:

- Muzułmanin?

Dyskretnie robię dwa zdjęcia: profil plus zbliżenie na plecak. Plecak oklejony kartkami z lotniska; zamachowiec przyleciał z Francji. Jak nas wysadzi, zdjęcia mogą pomóc policji. Chowam aparat, siadam na krzesełku. Jestem tak zmęczona, że powoli wszystko mi jedno.

Przed nami media - słodkie prezenterki w starannym makijażu szczebioczą do kamer. My z Zośką wyglądamy jak zombie. Resztki tuszu na policzkach, szare cery, zmięte bluzki, podeptane buty. Obok polska grupa w strojach ludowych.
Filigranowa blondynka podchodzi do nich z mikrofonem i zachęca: 

- To co, kochani, zagracie coś? Nagramy was i pójdziecie na żywo. Może barkę?

Ok, idzie barka. Kamera start.

Rozpłakałam się właśnie wtedy.
W tłumie ludzi, na rozkładanym krześle.

Cyrk z flag i pieśni, z pustych słów i kamer. Wpatrzeni w ołtarz, odgrodzeni plecakami, kompletnie straciliśmy siebie z oczu. Bóg odległy to Bóg bezpieczny; machamy mu flagą, cmokamy z daleka. 
Flaga przodem do kamery. Im więcej kamer, tym głośniejszy śpiew.
Pan obok drze się na całe gardło:

"Święty kocha Boga, życia mu nie szkoda, KOCHAJ BLIŹNIEGO JAK SIEBIE SAMEGO!..."

Płaczę. Nikt nie widzi. Świętość ponad głowami, na telebimach, obrazach, w katedrach. Nie tu, nie obok.
Myślę o świętości Jana Pawła jak o krzyżu, o świętości - gadżecie, niepożądanym skutku ubocznym, smutnym zadaniu, ciężarze.

Jeśli Bóg jest, będzie w tym, co najbliżej - w twarzach, spojrzeniu, między słowami.

Nikt z tłumu nie zapytał, czy dźwignąć wózek przy kamiennym progu. Nikt się nie garnął, by pomóc, gdy zabrakło windy. Książa nie przeszli z nami tej ciężkiej drogi. Miało nie być "ja", mieliśmy być "my". Wygodna strefa dla zahabitowanych zawołała głośniej. Ksiądz, który idzie ramię w ramię ze swoją grupą, spocony, zmęczony i głodny, jest więcej wart niż sześć tysięcy tych, którzy - wyperfumowani i odprasowani - uśmiechają się znad watykańskiego stołu. Lekcję na placu świętego Piotra miał do odebrania każdy. A ja?

Siedzę na tym cholernym krzesełku i myślę o moim zamachowcu.
Jakim zamachowcu?

Chłopak przyjechał z Francji, zupełnie sam. Przyszedł do centrum prosto z lotniska. Został wciągnięty w wir ludzi, pchano go i kopano. Zaczął się bać; tak wrogiego tłumu jeszcze nie widział. Wpadł przez przypadek na kobietę, kobieta wpadła na wózek, zaczęła krzyczeć. Wystraszył się, chciał przeprosić. Angielski nie szedł mu za dobrze, więc próbował ją dotknąć, poklepać -  chciał jakoś pokazać, że bardzo mu przykro. Nie udało się, prawie się rozpłakał. Zobaczył ją potem z wózkiem na placu. Nie wiedział dlaczego, ale chciał być obok.

Mam tu tak samo przestraszonego i zmęczonego człowieka jak ja.

Jeśli nie podejdę, jeśli czegoś nie zrobię, na nic cały ten wyjazd, msza i kanonizacja. 
Pustka w złoconej ramie.

Słucham słów papieża: zdania bez przymiotników, krótkie i mocne. Franciszek koi.
Zerkam ukradkiem. On też słucha.

- Przekażcie sobie znak pokoju.

Serce wali jak młot. Omijam Zośkę, Przemka, podchodzę do niego, wyciągam rękę.

Ściskasz mnie delikatnie i długo. Nie mówimy nic.

Wracam na miejsce, patrzę przed siebie i płaczę.
Widzę, że robisz to samo.


Zderzyliśmy się, bracie.
Zrobiłeś mi prawdziwy zamach.


7 kwietnia 2014

Kraków


Czas spotkań i bycia dość mocno na zewnątrz.
Czas dobry i potrzebny - ładuję akumulator, łapię od Was dobro garściami.
Miało być tylko jedno spotkanie autorskie. Jest niespodzianka.
Zapraszam w najbliższą środę do księgarni "Pod Globusem" przy ul. Długiej, godz.18:00.
Spotkanie poprowadzi Barbara Gawryluk, a fragmenty "Zorkowni" przeczyta sama Anna Dymna!

Szczegóły tu:

Kraków

---
Aktualizacja:

Dziś (czwartek 10.04) o godzinie 21:00 audycja z cyklu "Koło kultury" w Radiu Kraków.
Do słuchania na żywo również w sieci, wystarczy wejść na stronę: Radio Kraków OnLine.
Będzie ciepło i z uśmiechem:

klik klik klik.

31 marca 2014

Do oglądania - TVP


"Jakie są główne grzechy wolontariusza? 

Pycha. A jeden z główniejszych, który dotyka nas prędzej czy później, to ten, że ja jestem niezastąpiony, że to właśnie mnie pacjent potrzebuje najbardziej, beze mnie sobie nie poradzi. Ten grzech dotyka każdego, ale bardzo szybko wolontariusz się uczy, że to nie o to chodzi. Uczy się, że pacjent potrzebuje rodziny, spokoju, bliskości. Dlatego z dużym spokojem nie jestem przez miesiąc w hospicjum, bo wiem, że tam są inni równie dobrzy wolontariusze. Czasami większym grzechem staje się epatowanie swoim światopoglądem. Osobiście nie lubię obnoszenia się ze swoją wiarą, nie dlatego, że jest to złe, bo bywa pomocne i ratujące, ale w hospicjum mamy często osoby innych wyznań np. buddystów lub ateistów. Kim ja jestem, żeby komuś mówić, że ja, jako katoliczka, wiem, że tam w niebie jest najlepiej? Bardzo szanuję moją koordynatorkę Basię, która jest bardzo wierzącą osobą, co widać przez czyny i dobro, ale nigdy nie przez pouczanie i mówienie o tym, w co wierzy."


Więcej tu (wybaczcie reklamy):

Wywiad plus materiał filmowy - klik.

O Hospicjum - klik.

O M. Klik.

O pacjentach. Pstryk.

Pytanie na śniadanie. Klik.

- To nie jest łatwe.
Ale wciąż mi wychodzi na to, że warto.



***
...A tu, od szóstej minuty, właśnie odkryta recenzja Radzkiej:



Dziękuję.

26 marca 2014

Wasze zdjęcia




Dziękuję za wszystkie historie, którymi zechcieliście się tu podzielić. Zafundowaliście mi niezwykłą podróż. Sporo czasu spędziłam z tymi zdjęciami, oglądałam je po kilka/kilkanaście razy, uderzały w sam środek. Wybór był szalenie trudny... 
Wydawnictwo się nade mną ulitowało (Michale, ściskam Cię za to mocno!) i do pięciu "Zorkowni" dodało pięć "Chustek" Joasi Sałygi - dzięki temu mogę nagrodzić książkowo aż dziesięć historii. 
Jest też siedem wyróżnień  - już bez książek, natomiast wymyśliłam, że do autorów napiszę na kartce choć parę słów. 

Proszę, wyślijcie mi zatem Wasze imię, nazwisko, adres oraz historię, której jesteście autorami. Spodziewam się do końca tego tygodnia siedemnastu maili. 
Adres: zorka7@gazeta.pl

***
Tu frunie pocztą "Zorkownia”:

I
Lato. Na pewno, bo pamiętam kłaczki waty z topoli wciągane pędem powietrza przez okna samochodu. I moją letnią sukienkę w kwiaty. I ciepły podmuch na kolanach. Jedziemy gdzieś w górę mapy. Słyszę jak nasza Trójka rozmawia, przekomarza się, kłóci, ale wiem, że mnie nie potrzebują. Sami załatwią swoje siostrzano-braterskie sprawy, ich głosy cichną. Zasypiają. W radiu leci jakaś letnia piosenka. Wchłaniam moment. Mąż kładzie mi dłoń na udzie i w tym momencie staje się miłość, spokój, bezpieczeństwo, pewność, sens. Przed nami droga jak w "Szybkim wierszu" A. Zagajewskiego. W przeciwieństwie do podmiotu, wiem dokąd zmierzamy. Jest dobrze.

II
Upał.
Mieszkanie w bloku z wielkiej płyty, a w nim atmosfera podzielona na przedziały. Tu pachnie obiadem, tam - papierosem.
W sypialni rodziców pachnie rakiem.
Kroplówka zawieszona na krawędzi drzwi powoli się sączy. To chyba jedyny ruch, bo moje serce stoi. Rurka owija się wokół gasnącej ręki, która niedawno składała kości, zaszywała rany, głaskała głowy pacjentów. Teraz leży bezradnie na ręczniku pracowicie zrolowanym przez mamę.

Mój tato.

I ja - dziewięcioletnia.

Pstryk.

III
Jacques ma prawie 70 lat i zespół Downa. Bardzo mało mówi, nie wszystko rozumie, ma trudności z wykonywaniem codziennych czynności. W zanadrzu ma stały zestaw kilku pytań, które powtarza od rana do wieczora nieskończoną ilość razy. Zdarza mu się wstać o trzeciej w nocy, ubrać się i uparcie twierdzić, że to najwyższy czas na jego poranną kawę.
Pewnego razu, schylona do jego stóp, zawiązywałam mu sznurowadła. Przypomniały mi się wtedy słowa, które usłyszałam rok temu w Wielki Czwartek. Podczas homilii ksiądz mówił o tym, że pozycja, w której Jezus umywał uczniom nogi, była pozycją totalnej bezbronności. Gdy pochylamy się u stóp drugiego człowieka, nie widzimy, co dzieje się ponad naszą głową. Możemy zostać niespodziewanie zaatakowani, uderzeni.

W momencie, gdy brzmiały mi w pamięci te słowa, usłyszałam cmoknięcie.
Jacques pocałował mnie w sam czubek głowy.

IV
Wielka Sobota 2008 r., godz. 16:47
Na podłodze bawi się 2,5-letni chłopczyk. Pracowicie układa puzzle, pokasłuje. Od czasu do czasu podnosi wielkie, pytające oczy na niespotykanie milczących rodziców. Siedzą na kanapie. Pomiędzy - telefon komórkowy. Milczący.
Ona: Może zadzwoń..?
On: Lepiej Ty...
Po kilku minutach matka (zniesie przecież WSZYSTKO) wybiera szybko numer. Kilka słów wywołuje bezszelestną strugę łez.
Jaś nie rozumie co znaczą wyszeptane przez mamę słowa: NIE MA MUKOWISCYDOZY! Bawi się dalej.
Oni mają już dziś swoje małe Zmartwychwstanie.

V
Październik 2013. Siedzę na stołeczku w dużym pokoju, patrzę na mamę śpiącą w łóżku. Oddech się zmienia, mama budzi się i odwraca głowę w moją stronę. I pierwszy raz od kilku tygodni widzę jej rozumne spojrzenie, widzę, że mnie poznaje. Podchodzę, żeby pogłaskać ją po głowie, a ona przebija się przez to wszystko, co zabrała jej choroba, przez niepamięć, afazję i powoli, z widocznym wysiłkiem mówi:
- Dobre dziecko.
Ostatnie logiczne słowa, jakie od niej usłyszałam. Umarła wczoraj.

 ---
Tu frunie „Chustka”:

I
Wiosna nadeszła w tym roku dość oczekiwanie. Po łagodnej zimie drzewa rozkwitły w pełnym zachwycie, klomby oprószyły kolorowe bratki, słońce ogrzewało zmarzniętych pasażerów czekających na przystankach. Roześmiane pary wznosiły toast kieliszkami prosecco w ulubionych kafejkach. Ciepłe powietrze owijało się wokół szyi, zapach kiełkującej trawy pieścił nozdrza. Młody mężczyzna kupował na osiedlowym targowisku bukiet różowych tulipanów dla żony.
Tej wiosny pierwszy raz w życiu byłam na oddziale intensywnej terapii. Mijałam łóżka z pacjentami, których ciała przy życiu podtrzymywał respirator i kilkanaście innych rurek wetkniętych w każdy możliwy otwór ciała. Słyszałam szept pielęgniarek, które w przerwie od pracy planowały wieczorne randki. Wdychałam zapach strachu mieszanego z nadzieją. Widziałam szklane, nieobecne oczy matki 23-letniego chłopaka, leżącego obok łóżka mojego Dziadka.
Wiosna w tym roku nadeszła szybko i niczym paw stroszący pióra nadymała się w pełnym rozkwicie. Ukwieciła krzewy, pomalowała niebo błękitem, obudziła ptaki, pachniała jaśminem.

Wiosną tego roku zmarł mój Dziadek.

Świat zazielenił się na śmierć.

II
Ranek, 7.03 na jesiennym przystanku pod cmentarzem. Siedzę w ciepłej kurtce, macham kozakami w nerwach już i myślę, czy wszystko pójdzie ok, czy szkoła się spisze, czy te tłumy będą słuchały, czy popołudniu damy radę na uczelni, itd. Podchodzi do mnie starsza pani (co w ogóle już nie dziwi, taki magnes specjalny mam), wiec się zrywam, czy rozkład jej przeczytać, czy coś? A pani miła nachyla się i konspiracyjnym szeptem..."pani nie kasuje biletu, usiądzie ze mną, ja mam pierwszą grupę" :))
Głupio było mówić, że nie chcę, więc zajęła mi szybko miejsce w autosanie i sobie jedziemy. Że jesień, że zimno i jakoś tak...że syn niedawno zmarł...że pracował w urzędzie miasta, itd. Przyznałam, że znałam pana i choć daleko, to bardzo lubiłam. Taki mądry, energetyczny i ciepły mężczyzna, wyjątkowy. Poznałam go na szkoleniu, później spotkaliśmy się pod drzwiami lekarza rodzinnego i znów kiedyś w przychodni onkologicznej w kolejce. Takie zbiegi okoliczności. A teraz z jego mamą... Pani ze smutnym uśmiechem, taka pogodzona chyba, opowiadała, jaki był dzielny, że do końca wierzył, że się pięknie pożegnał z rodziną, przyjaciółmi, sąsiadami, że zdążył...i mówił, że wreszcie czuje się wolny...
Pani przez okno autobusu wyglądała wnuczki, która do szkoły jeździ, do liceum. Gdy pytam do której klasy, okazuje się, że za chwilę mam z nią zajęcia... Te, na które tak się denerwuję...
A wydaje się, że tyle jest ludzi na świecie, że świat taki duży.
Wydaje się, że taka ważna ta praca, te Targi czy giełdy, występy, postępy, rozstępy...
Wydaje się.
Pani Babcia Lodzia prosiła pozdrowić Cię, Sylwio z III kl.

III
Piątek. Za oknem zdawałoby się wiosna. Grudzień, popołudnie. Ciągnę za sobą walizkę, a w niej puste słoiki dla mamy. Czekam na dworcu na regionalny, patrzę na zegarek. Jeszcze pięć minut. Myślę, że całe moje życie to czekanie. Za spokojem, za rozmowami z Nim, za Jego światem. Za końcem, który zamknie wszystkie przymknięte ciągle drzwi. Mówią, że każdy koniec jest początkiem, słyszę jak szepczą w mojej głowie. Początkiem - czegoś nieznanego, a więc z założenia lepszego. Myślę, że nie tak powinno być. Nie tak.
Pociąg przyjeżdża. Pokonuję schodki, walizka pokonuje je wraz ze mną, słoiki obijają się o siebie. Hałasują. Myślę, że całe moje życie jest jak ta walizka - ciągle gdzieś, ciągle z kimś, ciągle po coś. Gdzie? Z kim? Po co? Rozpakowuje, układam, wyciągam. Zapomniałam, że aby być dla wszystkich, muszę najpierw nauczyć się być dla siebie.
“Wolne?” - pytam kobietę rozwiązującą krzyżówkę. Kiwa, że tak, że wolne. Dziękuję. Siadam, walizka obok mnie, wyciągam książkę, a może artykuły biochemiczne. Nie pamiętam. Jestem zmęczona.
Rozglądam się dookoła. Obok nastolatek słucha muzyki, młoda dziewczyna rozmawia przez telefon. Chyba z matką. Staram się nie słuchać. Patrzę dalej, przed siebie. Obserwuję, próbując znaleźć coś dla siebie, próbując dostrzec coś, co zostanie ze mną, gdy pójdę dalej.
Siedzenie obok. Ona na oko trzydziestolatka, w kwiecistej spódnicy. Szarej bluzce, takiej jaką nosi moja babcia. Z zespołem Downa, nie uczesanymi włosami. Z białą laską w prawej dłoni, z grubymi szkłami na nosie. Obok on. Na oko starszy od Niej. Ubrany w stary, kremowy garnitur. I krawat. Niebieski w białek paski. On - niepełnosprawny. Z aparatem słuchowym. Z niewyraźnymi słowami. Jakoś tak magicznie wpatrzony w Nią. Z dłonią w Jej dłoni. Z dłonią na Jej kolanie. Z pocałunkiem na Jej policzku. On i Ona. Razem.
Nie omijam wzorkiem. Patrzę, podziwiam. Kwiecista spódnica odbija się echem. Tą miłość upchaną w wagonie, w regionalnym, jadącym do Olsztyna. Niezrozumiałą dla innych, zbyt wielką, by mogli uwierzyć.
Myślę, że o takiej właśnie marzę. O takiej mimo wszystko, na dobre i na złe. O takiej naprawdę.
Wysiadam. Uśmiecham się do Niego. Dobrym uśmiechem. Tak wiele chcę powiedzieć, tak wiele słów. Nie znajduję odpowiednich. Tylko się uśmiecham, tylko na to mnie stać. On uśmiecha się do mnie. I wiem, że słowa są niepotrzebne. Zrozumiał.

IV
Leżę w łóżku, 21:00 z hakiem, obok śpi moje Małe-Wielkie szczęście, ręce rozrzucone, włosy potargane, policzki zaróżowione od tańca.. Przed chwilą obejrzał bajkę o niedźwiedziu, odśpiewał w dowolnej kolejności remix piosenek: "stary niedźwiedź mocno śpi", "wlazł kotek na płotek" i "prosto" (Kult;)) i zasnął. Cowieczorny rytuał odprawiony, teraz i ja mogę odpocząć.
A miało go nie być - ani rytuału ,ani dziecka. Prawie trzy lata temu szłam z parkingu na izbę przyjęć-przede mną niewielki brzuch, w prawej ręce skierowanie, w lewej neseserek z piżamą, a za mną-od połowy drogi- struga krwi. Pani w okienku nakazała wejść po schodach na 1-sze piętro, lekarka nie pozostawiła złudzeń: -„Od razu do zabiegowego". Nawet nie płakałam, nic nie docierało do mnie, wstydziłam się tylko plam krwi, które za sobą zostawiłam.
I nagle pojawił się śmieszny Pan Doktor, podał ręcznik, poklepał po ramieniu, podłączył USG, a tam Ty, Synu mój, pływałeś w najlepsze wymachując zawzięcie łapkami . Wyraźnie pamiętam paluszki, zobaczyłam Cię wtedy po raz pierwszy i pamiętam, pomyślałam, że Ty w tej krwi tak pływasz...
Nie poszliśmy do zabiegowego, nie poddałeś się nurtowi i jesteś. Jesteś cudem, jesteś całym moim światem.
Dziękuję Ci Boże, dziękuję Ci Śmieszny, Zakręcony Doktorze.

V
Prowadzę cię wolno do "gabinetu psychologa". Ciągniesz za ucho po podłodze przybrudzony plecak, ze wszystkich sił starając się nie patrzeć na mnie częściej niż nakazują Ci to własne obawy i zaciekawienie. Pokój jest równie obskurny, jak główna sala świetlicy, ale przynajmniej jest tutaj cicho. "Odrobimy razem lekcje, dobrze?" - pytam. "Dobze" - odpowiadasz. Nie patrząc w moją stronę wyjmujesz pomięty zeszyt do kaligrafii.
Słyszałam, że masz problemy, nie tylko z artykulacją wybranych głosek, i że nie znosisz zadań domowych. Że mama ma z tobą olbrzymie trudności. Że nie chcesz w ogóle słuchać, co ma do powiedzenia. Że codziennie toczycie ze sobą bitwy. Czasami to ona wygrywa, częściej - ty.
Przyglądam się, jak powoli zapełniasz pierwszą linijkę ciągiem tych samych liter. Od czasu do czasu spoglądasz na mnie ukradkiem, szukając wyrazów aprobaty lub krytyki, ale nie odzywam się.
Obserwuję Cię z wyrazem twarzy, jaki nadają mi okoliczności pt. "Chciałabym dowiedzieć się, kim jesteś". Nie wiem, jaki to jest wyraz. Cały wysiłek woli wkładam w to, aby nie wyglądać groźnie i
jednocześnie nie zakładać żadnej maski. Zauważyłbyś, że nie jestem sobą i również nie pozwoliłbyś mi siebie poznać. Dzieci są w tym zakresie znacznie bardziej wrażliwe niż dorośli. Patrzę, jak z mozołem stawiając kolejne litery, swoim zwyczajem gryziesz palce lewej dłoni. Nie szkodzi, zajmiemy się tym gryzieniem później, na szczęście mamy siebie na dłużej. Martwi mnie jedynie to, że się mnie boisz. Postanawiam jednak dać ci czas.
Pod koniec drugiej linijki stopniowo zwalniasz, po czym zatrzymujesz się i zamyślasz. "Nudzi cię to?" - pytam o oczywiste. "Trochę" - mówisz i przygryzając palec wracasz do pisania. "Nie lubisz odrabiać zadań?" "Trochę" - odpowiadasz, nadal usilnie starając się na mnie nie patrzeć. "Zwykle odrabiasz zadania z mamą w domu?" "Tak" - odpowiadasz szybko. Połowa ręki na chwilę znika w twojej buzi. "Ale wtedy uciekam pod łózko" - dodajesz. "Dlaczego?" Nie odpowiadasz. "Mama jest wtedy dla ciebie niemiła?" "Trochę". Zapada cisza, przerywana jedynie cichym szuraniem ołówka o papier. "Teraz bardzo się postarałeś, litery, które napisałeś, są piękne i mamie na pewno się spodobają" - stwierdzam i w stwierdzeniu tym nie ma przesady. W porównaniu z poprzednimi stronami zeszytu twoja dzisiejsza praca naprawdę robi wrażenie. "A która jest najładniejsa?" - pytasz. Pochylam się nad zeszytem i wskazuję trzy najbardziej staranne litery. Rozpromieniasz się i całym sobą koncentrujesz się na tym, żeby kolejne również zasłużyły na pochwałę. Odtąd ciszę przerywają od czasu do czasu twoje prośby o wskazanie najładniejszych liter i moje odpowiedzi. Pracujesz szybciej, z większym zapałem, ale również staranniej. Pochwały wyraźnie dodają ci skrzydeł. Mija czas.
"Tata Kuba" - mówisz niespodziewanie, przecinając jeden z dłuższych okresów własnego milczenia. "To mój drugi tata, nie ten prawdziwy, bo mój prawdziwy tata umarł". "Przykro mi" - mówię i patrzę na Ciebie, ale uciekasz w pisanie. "Kiedy twój tatuś umarł?". "Jakieś dziewięćdziesiąt dziewięć dni temu" - odpowiadasz, nie przerywając swojej pracy. Zastanawiam się przelotnie, czy to możliwe, że je odliczasz, wracając myślą do przekazanej mi przez kogoś informacji, że twój biologiczny ojciec zginął w wypadku w grudniu minionego roku. Serce mi się lekko zaciska. "On jest
"z" " - dodajesz szybko. "Zły...?" - pytam niepewnie, bo wydaje mi się, że nie dosłyszałam ostatniego słowa. "Nie, Z. Z". "Ten tata, który umarł jest "Z"? "Nie, tata Kuba". "Co to znaczy, że
jest "Z"?"
"Tak mówimy z kolegą Tomkiem, kiedy ktoś jest Zły albo Złodziejem, ze on jest "Z"" - mówisz, lekko się uśmiechając. "A tata Kuba jest zły?" "Trochę". "Jest dla ciebie niemiły?" "Tak. Nie. Powiedział mamie, zebym pojechał na basen, kiedy ona nie chciała, zebym jechał". "To dlaczego jest "Z"?". Patrzysz na mnie uważnie, z całą ostrością swojej siedmioletniej świadomości. "Wolałem tamtego tatę. Kochałem go. Kocham. Kochałem".
"Taty Kuby nie kocham" - dodajesz ciszej po upływie chwili, lub miliona chwil, wylewając trochę wody ze swojego głębokiego wiaderka poczucia winy. Przez krótki moment spoglądasz na mnie i czekasz, czy się zezłoszczę, oburzę, zaprzeczę temu, co powiedziałeś. Szukam odpowiednich słów, ale wszystko, na co mnie w tej chwili stać, to jedno krótkie "Rozumiem".
Po kilku uderzeniach serca ręka ponownie ląduje w buzi, ołówek kontynuuje swoją trudną wędrówkę po papierze. "Lubię jeździć do taty, czasem jeździmy z mamą". "Dokąd?"-pytam. "Tam, daleko, na cmentaz". "I co tam robisz?" - pytam równie delikatnie, co bez sensu, onieśmielona wagą spraw, którymi zechciałeś się ze mną podzielić. "Mama mnie mocno psytula".


--
Wyróżnienia:

I
wychodzę z gabinetu.
wchodziłam piękna, mądra, zdrowa, szczęśliwa
stoję zaskoczona własną śmiertelnością,
patrzę na nowiutkie, drogie buty
najbardziej niepotrzebne buty na świecie
zastanawiam się, czy uda mi się je oddać do sklepu

II
patrzę na Ciebie (nie chcę patrzeć) jak siedzisz blisko (dalej być nie można), mówisz coś do mnie (od dawna do mnie nie mówisz) i myślę, czemu jesteśmy razem (lecz razem wcale nas nie ma).
wyglądasz jak ten, którego kochałam (nie jesteś nim), ja jak kobieta, którą wybrałeś (to nie ona) i nadal bywasz blisko (nie pozwalam Ci się zbliżać).
oboje żyjemy (nie razem), śpiąc w jednym łóżku (bez siebie), podobno wszystko można zmienić (nie da się niczego), możemy wszystko (nie potrafimy nic).
i wiem (też wiesz), że tej ciężkiej żałoby nikt za nas nie odprawi.

III
Wytężam wszystkie zmysły, by móc znów zobaczyć Cię radosną, z rozwianymi przez wiatr włosami. Z całych sił staram się zachować obrazy SPRZED … kiedy uśmiechnięta wsuwasz biały welon w moje włosy, wzruszona bierzesz w ramiona mojego kilkudniowego synka, z troską przyklejasz plaster na skaleczone kolano mojej córeczki.
Zamykam oczy. Powracają obrazy rozdzierające serce na strzępy. Jutro mija miesiąc od Twojego odejścia. Klatka po klatce przesuwa się klisza. Twoja twarz tak bardzo podobna do mojej, tylko zbyt papierowa, o zbyt ostrych rysach, tak niespójnych z Twoją łagodnością. Twoje oczy, z których bije ból i strach przed tym, co nieuniknione. Usta zaciśnięte na zielonej, wilgotnej gąbce. Kurczowo trzymam Twoją rękę, chcę odwrócić los, zatrzymać uchodzące życie. Ciężkie łzy kapią jedna po drugiej na Twą chłodną dłoń, która jeszcze niedawno z czułością gładziła mój policzek… CISZA, bez tętna, bez oddechu, bez Ciebie…
Otwieram drzwi hospicjum. Świat pędzi dalej, świat się nie zatrzymał … mój się zatrzymał, nie mam MAMY…

IV
wyciągam złamaną dachówkę spod mchu
pod belką gniazda os
w dziurze piętka nieba

ona zgarnia braki, jak okruchy ze stołu
chowa ukradkiem do kieszeni podomki
dusi kaszel dłonią

tak nie można, mówię
a ona się śmieje, że do śmierci dożyje
i całuje piąstki wnuka

V
Trudne
jest wtedy, kiedy idziesz na tomografię przed rozpoczęciem chemii i okazuje się, że oprócz guzków w płucach jest jeszcze jeden w przestrzeni zaotrzewnowej i on jest duży
kiedy przyjaciółka, która modliła się o twoje zdrowie pod paskiewiczowym krzyżem, teraz nawet nie dzwoni, bo jest zalatana
kiedy idziesz do pokoju Ruch Pacjentów i widzisz w papierach, że to IV stopień, już o tym wiedziałaś, ale teraz zobaczyłaś tak czarno na białym
kiedy musisz przejść na rentę i prosisz dyrektora o jedną klasę, cztery godziny w tygodniu, a on syczy, że nie ma o tym mowy
kiedy mówisz o tej rencie w domu i ktoś z rodziny nazywa cię wstrętnym pasożytem
kiedy trzy dni po chemii wychodzisz z łóżka i zmieniasz mamie pieluchę, bo nikt nie mógł przyjść ci pomóc

VI
Stoję. Korytarz... za mną drzwi izolatki.
Przede mną okno, widok na drugie skrzydło szpitala. Zbliżenie kadru, pielęgniarka pochylona nad noworodkiem – POCZĄTEK.
Odwracam się, naciskam klamkę. Wchodzę. Liczę JEJ ostatnie oddechy... –KONIEC.

Gdzie ŚRODEK? ŚRODEK fruwa zawieszony na dwóch cienkich nitkach między POCZĄTKIEM i KOŃCEM.

To zdjęcie i myśl, że może mogłam lepiej liczyć ostatnie oddechy wracają uparcie każdego dnia.
Może mogłam bardziej, lepiej, więcej...

VII
Rano wzięłam się za sprzątanie.
Pozamiatałam, zmyłam podłogę.
W nowym, nieużywanym wiadrze od mopa znalazłam nowe opakowanie kwasu foliowego, którego szukałam po kartonach od kilku dni.
Umyłam przedostanie okno.
- Ostatnie umyję jak urodzę - zażartowałam do Męża, kiedy wcześniej wrócił z pracy.
Wyjęłam luźne jeansy i ulubioną bluzę.
Zerknęłam na zegarek.
Zrobiłam nam herbatę.
Miałam zamiar zacząć się ubierać.

I wtedy zadzwoniła Sarah, embriolog.

Wygląda na to, że zakończyliśmy pewien etap w naszym życiu.
Trzeci raz nie okazał się szczęśliwy.
 Czas wyjąć z szafy magiczny wniosek o adopcję.
Przyjrzeć się mu raz jeszcze, choć wątpliwości nie mamy żadnych.
Dać jemu i nam odetchnąć, zanim wrzucimy go do skrzynki.
Po raz pierwszy.
Od lat.
Wszystko jest jasne.

I to nieważne, że jeszcze płaczę.
Wszystkie nasze nienarodzone dzieci muszą zostać opłakane.

A te, które być może już są na tym świecie, niech będą spokojne.
Spotkamy się.
Wierzymy w to całym sercem.
Już niedługo.


25 marca 2014

20 marca 2014

W kawałkach



Jestem rozmontowana na części pierwsze.
Roz mon   to   wa na.

Miałam trzynaście lat gdy po raz pierwszy zobaczyłam "Podwójne życie Weroniki". Dotknęłam czegoś, czego nie mogłam zrozumieć i o czym nie przestawałam myśleć. Mama patrzyła dziwnie, gdy po raz trzeci poprosiłam o pieniądze na bilet do kina. Ten sam film Kieślowskiego.
Za każdym razem łapałam coś innego. Numer tramwaju, którym jedzie pierwsza Weronika i numer hotelowego pokoju Weroniki drugiej, smuga światła na murze, pył starej kamienicy spadający na policzek, staruszka, spojrzenie z tłumu, kulka ze światem na opak i w drodze. Kieślowski uczył mnie patrzeć.
Po Weronice przyszedł czas na "Dekalog". Wyłudzone od taty kasety VHS, TV Polonia i czatowanie na podłodze przy magnetowidzie. Nagrałam wszystkie dziesięć filmów, chłonęłam je miesiącami. Dopiero później "Trzy kolory". "Niebieski" rozsadził mnie w pełni dopiero po śmierci M. Wcześniej "Czerwony" i "Biały". Potem "Przypadek", "Amator" i dokumenty. Przecierałam oczy ze zdumienia. Widziałam coraz więcej.

Kieślowski pokazał mi nie tylko świat, pokazał też Boga. Do dziś tak właśnie Go widzę. W kadrze pomiędzy palcami, poza kościołem, pod słowem, w gestach, fleszach. Niewierzący Kieślowski. Świecki pogrzeb, jak Szymborska - tak bardzo uczciwie i z Bogiem. Jeśli jest. Nie wiem, brak tej pewności uważam za jeden z większych darów.

Panie Michale, porównaniem do TEJ wrażliwości rozmontował mnie Pan na kawałki. 

Forma jednak to też temat. Oddycham Kieślowskim, patrzę nim na bliskich, na miasto, hospicjum. On, Szymborska i Herbert. Potem długo nic. 
Piszę to w wielkich emocjach - mój blog, moja myśloodsiewnia i wolność. Dziś chcę tak właśnie, na pełnym gazie egzaltacji i szczęścia.

Jerzy Stuhr?
Po cichu marzyłam, by trafił na bloga, szczególnie, gdy przeczytałam jego "Tak sobie myślę...". Nigdy nie ośmieliłam się napisać. I oto widzę pana Jerzego z moją książką w ręku. Słyszę: "Zorkownia krzepi"...

Jurek Owsiak?
Szał.
Moje dzieci ratował sprzęt Orkiestry. Wciąż rosło we mnie poczucie, że należy się odwdzięczyć. Wrzuciliśmy do puszki dwie złote obrączki po dziadkach, ale nie starczyło. Po paru latach synek zagrał na rzecz WOŚP, jednak wciąż wychodziło na to, że jestem bardziej obdarowana, niż daję. Czułam, że o tym, ile dostałam, muszę Jurkowi powiedzieć. Nie listem. Pewnego dnia po prostu stanął obok, a ja skorzystałam. Widziałam potem zeszklone oczy Jurka i już wiedziałam: trzeba go mocno wspierać, oczy nie kłamią. Nagraniem o "Zorkowni" zrobiłeś mi, Jurku, wielki prezent. Przecudnie podskakujesz ("Mo-hi-ka-ninem"), z energią czytasz fragment książki. Wybrałeś tekst o wolontariuszach-krzesłach. Akurat ten... Trudny do przyjęcia, choć prawdziwy.

Anna Dymna?
Kobieta-zjawisko, kobieta-siła. Nawet nie marzyłam, że kiedyś ją uściskam, że spędzę z nią niemal cały dzień, że tyle doda mi otuchy. ...I że powie mojej mamie do słuchawki: - Może być pani z córki dumna, bo jest piękna, mądra i wspaniała. Mama od kilku dni świeci.

Z uwagą przyglądam się temu, z jaką determinacją mierzy się z bezradnością i wygrywa, mozolnie nadaje sens, ile ma siły, mądrości. Jak bardzo pomaga innym, jednocześnie ratując siebie. O tym, że przeczytała "Zorkownię", dowiedziałam się niedawno. Zobaczyłam film i płakałam jak bóbr. Dlaczego Róża tego nie doczekała… Historię jej Fredka czyta sama Ewa Błaszczyk! Pamiętam, jak rozmawiałam w hospicjum z Różą o fundacji Budzik: - Są ludzie, którzy mają nadspodziewaną siłę. – mówiła. Pani Ewo, może to niewiele znaczy, ale zorkowa Róża też miała na imię Ewa. W jakiś przedziwny sposób Ewunia przekazała Pani tę kartkę bezdomnego Fredka w depozyt. Wyciągnęła z niej Pani znacznie więcej niż ja. Proszę ją schować do portfela.


...I to Kieślowski właśnie.


Zrobił mi Pan największy prezent, panie Michale. Trafił w punkt. 
I nie, nie pogniewałam się. 
Zdumiona popatrzyłam na rozmontowane kawałki i spokojnie przyszło do mnie: jest dobrze. Tak jak jest.