7 kwietnia 2014

Kraków


Czas spotkań i bycia dość mocno na zewnątrz.
Czas dobry i potrzebny - ładuję akumulator, łapię od Was dobro garściami.
Miało być tylko jedno spotkanie autorskie. Jest niespodzianka.
Zapraszam w najbliższą środę do księgarni "Pod Globusem" przy ul. Długiej, godz.18:00.
Spotkanie poprowadzi Barbara Gawryluk, a fragmenty "Zorkowni" przeczyta sama Anna Dymna!

Szczegóły tu:

Kraków

---
Aktualizacja:

Dziś (czwartek 10.04) o godzinie 21:00 audycja z cyklu "Koło kultury" w Radiu Kraków.
Do słuchania na żywo również w sieci, wystarczy wejść na stronę: Radio Kraków OnLine.
Będzie ciepło i z uśmiechem:

klik klik klik.

31 marca 2014

Do oglądania - TVP


"Jakie są główne grzechy wolontariusza? 

Pycha. A jeden z główniejszych, który dotyka nas prędzej czy później, to ten, że ja jestem niezastąpiony, że to właśnie mnie pacjent potrzebuje najbardziej, beze mnie sobie nie poradzi. Ten grzech dotyka każdego, ale bardzo szybko wolontariusz się uczy, że to nie o to chodzi. Uczy się, że pacjent potrzebuje rodziny, spokoju, bliskości. Dlatego z dużym spokojem nie jestem przez miesiąc w hospicjum, bo wiem, że tam są inni równie dobrzy wolontariusze. Czasami większym grzechem staje się epatowanie swoim światopoglądem. Osobiście nie lubię obnoszenia się ze swoją wiarą, nie dlatego, że jest to złe, bo bywa pomocne i ratujące, ale w hospicjum mamy często osoby innych wyznań np. buddystów lub ateistów. Kim ja jestem, żeby komuś mówić, że ja, jako katoliczka, wiem, że tam w niebie jest najlepiej? Bardzo szanuję moją koordynatorkę Basię, która jest bardzo wierzącą osobą, co widać przez czyny i dobro, ale nigdy nie przez pouczanie i mówienie o tym, w co wierzy."


Więcej tu (wybaczcie reklamy):

Wywiad plus materiał filmowy - klik.

O Hospicjum - klik.

O M. Klik.

O pacjentach. Pstryk.

Pytanie na śniadanie. Klik.

- To nie jest łatwe.
Ale wciąż mi wychodzi na to, że warto.



***
...A tu, od szóstej minuty, właśnie odkryta recenzja Radzkiej:



Dziękuję.

26 marca 2014

Wasze zdjęcia




Dziękuję za wszystkie historie, którymi zechcieliście się tu podzielić. Zafundowaliście mi niezwykłą podróż. Sporo czasu spędziłam z tymi zdjęciami, oglądałam je po kilka/kilkanaście razy, uderzały w sam środek. Wybór był szalenie trudny... 
Wydawnictwo się nade mną ulitowało (Michale, ściskam Cię za to mocno!) i do pięciu "Zorkowni" dodało pięć "Chustek" Joasi Sałygi - dzięki temu mogę nagrodzić książkowo aż dziesięć historii. 
Jest też siedem wyróżnień  - już bez książek, natomiast wymyśliłam, że do autorów napiszę na kartce choć parę słów. 

Proszę, wyślijcie mi zatem Wasze imię, nazwisko, adres oraz historię, której jesteście autorami. Spodziewam się do końca tego tygodnia siedemnastu maili. 
Adres: zorka7@gazeta.pl

***
Tu frunie pocztą "Zorkownia”:

I
Lato. Na pewno, bo pamiętam kłaczki waty z topoli wciągane pędem powietrza przez okna samochodu. I moją letnią sukienkę w kwiaty. I ciepły podmuch na kolanach. Jedziemy gdzieś w górę mapy. Słyszę jak nasza Trójka rozmawia, przekomarza się, kłóci, ale wiem, że mnie nie potrzebują. Sami załatwią swoje siostrzano-braterskie sprawy, ich głosy cichną. Zasypiają. W radiu leci jakaś letnia piosenka. Wchłaniam moment. Mąż kładzie mi dłoń na udzie i w tym momencie staje się miłość, spokój, bezpieczeństwo, pewność, sens. Przed nami droga jak w "Szybkim wierszu" A. Zagajewskiego. W przeciwieństwie do podmiotu, wiem dokąd zmierzamy. Jest dobrze.

II
Upał.
Mieszkanie w bloku z wielkiej płyty, a w nim atmosfera podzielona na przedziały. Tu pachnie obiadem, tam - papierosem.
W sypialni rodziców pachnie rakiem.
Kroplówka zawieszona na krawędzi drzwi powoli się sączy. To chyba jedyny ruch, bo moje serce stoi. Rurka owija się wokół gasnącej ręki, która niedawno składała kości, zaszywała rany, głaskała głowy pacjentów. Teraz leży bezradnie na ręczniku pracowicie zrolowanym przez mamę.

Mój tato.

I ja - dziewięcioletnia.

Pstryk.

III
Jacques ma prawie 70 lat i zespół Downa. Bardzo mało mówi, nie wszystko rozumie, ma trudności z wykonywaniem codziennych czynności. W zanadrzu ma stały zestaw kilku pytań, które powtarza od rana do wieczora nieskończoną ilość razy. Zdarza mu się wstać o trzeciej w nocy, ubrać się i uparcie twierdzić, że to najwyższy czas na jego poranną kawę.
Pewnego razu, schylona do jego stóp, zawiązywałam mu sznurowadła. Przypomniały mi się wtedy słowa, które usłyszałam rok temu w Wielki Czwartek. Podczas homilii ksiądz mówił o tym, że pozycja, w której Jezus umywał uczniom nogi, była pozycją totalnej bezbronności. Gdy pochylamy się u stóp drugiego człowieka, nie widzimy, co dzieje się ponad naszą głową. Możemy zostać niespodziewanie zaatakowani, uderzeni.

W momencie, gdy brzmiały mi w pamięci te słowa, usłyszałam cmoknięcie.
Jacques pocałował mnie w sam czubek głowy.

IV
Wielka Sobota 2008 r., godz. 16:47
Na podłodze bawi się 2,5-letni chłopczyk. Pracowicie układa puzzle, pokasłuje. Od czasu do czasu podnosi wielkie, pytające oczy na niespotykanie milczących rodziców. Siedzą na kanapie. Pomiędzy - telefon komórkowy. Milczący.
Ona: Może zadzwoń..?
On: Lepiej Ty...
Po kilku minutach matka (zniesie przecież WSZYSTKO) wybiera szybko numer. Kilka słów wywołuje bezszelestną strugę łez.
Jaś nie rozumie co znaczą wyszeptane przez mamę słowa: NIE MA MUKOWISCYDOZY! Bawi się dalej.
Oni mają już dziś swoje małe Zmartwychwstanie.

V
Październik 2013. Siedzę na stołeczku w dużym pokoju, patrzę na mamę śpiącą w łóżku. Oddech się zmienia, mama budzi się i odwraca głowę w moją stronę. I pierwszy raz od kilku tygodni widzę jej rozumne spojrzenie, widzę, że mnie poznaje. Podchodzę, żeby pogłaskać ją po głowie, a ona przebija się przez to wszystko, co zabrała jej choroba, przez niepamięć, afazję i powoli, z widocznym wysiłkiem mówi:
- Dobre dziecko.
Ostatnie logiczne słowa, jakie od niej usłyszałam. Umarła wczoraj.

 ---
Tu frunie „Chustka”:

I
Wiosna nadeszła w tym roku dość oczekiwanie. Po łagodnej zimie drzewa rozkwitły w pełnym zachwycie, klomby oprószyły kolorowe bratki, słońce ogrzewało zmarzniętych pasażerów czekających na przystankach. Roześmiane pary wznosiły toast kieliszkami prosecco w ulubionych kafejkach. Ciepłe powietrze owijało się wokół szyi, zapach kiełkującej trawy pieścił nozdrza. Młody mężczyzna kupował na osiedlowym targowisku bukiet różowych tulipanów dla żony.
Tej wiosny pierwszy raz w życiu byłam na oddziale intensywnej terapii. Mijałam łóżka z pacjentami, których ciała przy życiu podtrzymywał respirator i kilkanaście innych rurek wetkniętych w każdy możliwy otwór ciała. Słyszałam szept pielęgniarek, które w przerwie od pracy planowały wieczorne randki. Wdychałam zapach strachu mieszanego z nadzieją. Widziałam szklane, nieobecne oczy matki 23-letniego chłopaka, leżącego obok łóżka mojego Dziadka.
Wiosna w tym roku nadeszła szybko i niczym paw stroszący pióra nadymała się w pełnym rozkwicie. Ukwieciła krzewy, pomalowała niebo błękitem, obudziła ptaki, pachniała jaśminem.

Wiosną tego roku zmarł mój Dziadek.

Świat zazielenił się na śmierć.

II
Ranek, 7.03 na jesiennym przystanku pod cmentarzem. Siedzę w ciepłej kurtce, macham kozakami w nerwach już i myślę, czy wszystko pójdzie ok, czy szkoła się spisze, czy te tłumy będą słuchały, czy popołudniu damy radę na uczelni, itd. Podchodzi do mnie starsza pani (co w ogóle już nie dziwi, taki magnes specjalny mam), wiec się zrywam, czy rozkład jej przeczytać, czy coś? A pani miła nachyla się i konspiracyjnym szeptem..."pani nie kasuje biletu, usiądzie ze mną, ja mam pierwszą grupę" :))
Głupio było mówić, że nie chcę, więc zajęła mi szybko miejsce w autosanie i sobie jedziemy. Że jesień, że zimno i jakoś tak...że syn niedawno zmarł...że pracował w urzędzie miasta, itd. Przyznałam, że znałam pana i choć daleko, to bardzo lubiłam. Taki mądry, energetyczny i ciepły mężczyzna, wyjątkowy. Poznałam go na szkoleniu, później spotkaliśmy się pod drzwiami lekarza rodzinnego i znów kiedyś w przychodni onkologicznej w kolejce. Takie zbiegi okoliczności. A teraz z jego mamą... Pani ze smutnym uśmiechem, taka pogodzona chyba, opowiadała, jaki był dzielny, że do końca wierzył, że się pięknie pożegnał z rodziną, przyjaciółmi, sąsiadami, że zdążył...i mówił, że wreszcie czuje się wolny...
Pani przez okno autobusu wyglądała wnuczki, która do szkoły jeździ, do liceum. Gdy pytam do której klasy, okazuje się, że za chwilę mam z nią zajęcia... Te, na które tak się denerwuję...
A wydaje się, że tyle jest ludzi na świecie, że świat taki duży.
Wydaje się, że taka ważna ta praca, te Targi czy giełdy, występy, postępy, rozstępy...
Wydaje się.
Pani Babcia Lodzia prosiła pozdrowić Cię, Sylwio z III kl.

III
Piątek. Za oknem zdawałoby się wiosna. Grudzień, popołudnie. Ciągnę za sobą walizkę, a w niej puste słoiki dla mamy. Czekam na dworcu na regionalny, patrzę na zegarek. Jeszcze pięć minut. Myślę, że całe moje życie to czekanie. Za spokojem, za rozmowami z Nim, za Jego światem. Za końcem, który zamknie wszystkie przymknięte ciągle drzwi. Mówią, że każdy koniec jest początkiem, słyszę jak szepczą w mojej głowie. Początkiem - czegoś nieznanego, a więc z założenia lepszego. Myślę, że nie tak powinno być. Nie tak.
Pociąg przyjeżdża. Pokonuję schodki, walizka pokonuje je wraz ze mną, słoiki obijają się o siebie. Hałasują. Myślę, że całe moje życie jest jak ta walizka - ciągle gdzieś, ciągle z kimś, ciągle po coś. Gdzie? Z kim? Po co? Rozpakowuje, układam, wyciągam. Zapomniałam, że aby być dla wszystkich, muszę najpierw nauczyć się być dla siebie.
“Wolne?” - pytam kobietę rozwiązującą krzyżówkę. Kiwa, że tak, że wolne. Dziękuję. Siadam, walizka obok mnie, wyciągam książkę, a może artykuły biochemiczne. Nie pamiętam. Jestem zmęczona.
Rozglądam się dookoła. Obok nastolatek słucha muzyki, młoda dziewczyna rozmawia przez telefon. Chyba z matką. Staram się nie słuchać. Patrzę dalej, przed siebie. Obserwuję, próbując znaleźć coś dla siebie, próbując dostrzec coś, co zostanie ze mną, gdy pójdę dalej.
Siedzenie obok. Ona na oko trzydziestolatka, w kwiecistej spódnicy. Szarej bluzce, takiej jaką nosi moja babcia. Z zespołem Downa, nie uczesanymi włosami. Z białą laską w prawej dłoni, z grubymi szkłami na nosie. Obok on. Na oko starszy od Niej. Ubrany w stary, kremowy garnitur. I krawat. Niebieski w białek paski. On - niepełnosprawny. Z aparatem słuchowym. Z niewyraźnymi słowami. Jakoś tak magicznie wpatrzony w Nią. Z dłonią w Jej dłoni. Z dłonią na Jej kolanie. Z pocałunkiem na Jej policzku. On i Ona. Razem.
Nie omijam wzorkiem. Patrzę, podziwiam. Kwiecista spódnica odbija się echem. Tą miłość upchaną w wagonie, w regionalnym, jadącym do Olsztyna. Niezrozumiałą dla innych, zbyt wielką, by mogli uwierzyć.
Myślę, że o takiej właśnie marzę. O takiej mimo wszystko, na dobre i na złe. O takiej naprawdę.
Wysiadam. Uśmiecham się do Niego. Dobrym uśmiechem. Tak wiele chcę powiedzieć, tak wiele słów. Nie znajduję odpowiednich. Tylko się uśmiecham, tylko na to mnie stać. On uśmiecha się do mnie. I wiem, że słowa są niepotrzebne. Zrozumiał.

IV
Leżę w łóżku, 21:00 z hakiem, obok śpi moje Małe-Wielkie szczęście, ręce rozrzucone, włosy potargane, policzki zaróżowione od tańca.. Przed chwilą obejrzał bajkę o niedźwiedziu, odśpiewał w dowolnej kolejności remix piosenek: "stary niedźwiedź mocno śpi", "wlazł kotek na płotek" i "prosto" (Kult;)) i zasnął. Cowieczorny rytuał odprawiony, teraz i ja mogę odpocząć.
A miało go nie być - ani rytuału ,ani dziecka. Prawie trzy lata temu szłam z parkingu na izbę przyjęć-przede mną niewielki brzuch, w prawej ręce skierowanie, w lewej neseserek z piżamą, a za mną-od połowy drogi- struga krwi. Pani w okienku nakazała wejść po schodach na 1-sze piętro, lekarka nie pozostawiła złudzeń: -„Od razu do zabiegowego". Nawet nie płakałam, nic nie docierało do mnie, wstydziłam się tylko plam krwi, które za sobą zostawiłam.
I nagle pojawił się śmieszny Pan Doktor, podał ręcznik, poklepał po ramieniu, podłączył USG, a tam Ty, Synu mój, pływałeś w najlepsze wymachując zawzięcie łapkami . Wyraźnie pamiętam paluszki, zobaczyłam Cię wtedy po raz pierwszy i pamiętam, pomyślałam, że Ty w tej krwi tak pływasz...
Nie poszliśmy do zabiegowego, nie poddałeś się nurtowi i jesteś. Jesteś cudem, jesteś całym moim światem.
Dziękuję Ci Boże, dziękuję Ci Śmieszny, Zakręcony Doktorze.

V
Prowadzę cię wolno do "gabinetu psychologa". Ciągniesz za ucho po podłodze przybrudzony plecak, ze wszystkich sił starając się nie patrzeć na mnie częściej niż nakazują Ci to własne obawy i zaciekawienie. Pokój jest równie obskurny, jak główna sala świetlicy, ale przynajmniej jest tutaj cicho. "Odrobimy razem lekcje, dobrze?" - pytam. "Dobze" - odpowiadasz. Nie patrząc w moją stronę wyjmujesz pomięty zeszyt do kaligrafii.
Słyszałam, że masz problemy, nie tylko z artykulacją wybranych głosek, i że nie znosisz zadań domowych. Że mama ma z tobą olbrzymie trudności. Że nie chcesz w ogóle słuchać, co ma do powiedzenia. Że codziennie toczycie ze sobą bitwy. Czasami to ona wygrywa, częściej - ty.
Przyglądam się, jak powoli zapełniasz pierwszą linijkę ciągiem tych samych liter. Od czasu do czasu spoglądasz na mnie ukradkiem, szukając wyrazów aprobaty lub krytyki, ale nie odzywam się.
Obserwuję Cię z wyrazem twarzy, jaki nadają mi okoliczności pt. "Chciałabym dowiedzieć się, kim jesteś". Nie wiem, jaki to jest wyraz. Cały wysiłek woli wkładam w to, aby nie wyglądać groźnie i
jednocześnie nie zakładać żadnej maski. Zauważyłbyś, że nie jestem sobą i również nie pozwoliłbyś mi siebie poznać. Dzieci są w tym zakresie znacznie bardziej wrażliwe niż dorośli. Patrzę, jak z mozołem stawiając kolejne litery, swoim zwyczajem gryziesz palce lewej dłoni. Nie szkodzi, zajmiemy się tym gryzieniem później, na szczęście mamy siebie na dłużej. Martwi mnie jedynie to, że się mnie boisz. Postanawiam jednak dać ci czas.
Pod koniec drugiej linijki stopniowo zwalniasz, po czym zatrzymujesz się i zamyślasz. "Nudzi cię to?" - pytam o oczywiste. "Trochę" - mówisz i przygryzając palec wracasz do pisania. "Nie lubisz odrabiać zadań?" "Trochę" - odpowiadasz, nadal usilnie starając się na mnie nie patrzeć. "Zwykle odrabiasz zadania z mamą w domu?" "Tak" - odpowiadasz szybko. Połowa ręki na chwilę znika w twojej buzi. "Ale wtedy uciekam pod łózko" - dodajesz. "Dlaczego?" Nie odpowiadasz. "Mama jest wtedy dla ciebie niemiła?" "Trochę". Zapada cisza, przerywana jedynie cichym szuraniem ołówka o papier. "Teraz bardzo się postarałeś, litery, które napisałeś, są piękne i mamie na pewno się spodobają" - stwierdzam i w stwierdzeniu tym nie ma przesady. W porównaniu z poprzednimi stronami zeszytu twoja dzisiejsza praca naprawdę robi wrażenie. "A która jest najładniejsa?" - pytasz. Pochylam się nad zeszytem i wskazuję trzy najbardziej staranne litery. Rozpromieniasz się i całym sobą koncentrujesz się na tym, żeby kolejne również zasłużyły na pochwałę. Odtąd ciszę przerywają od czasu do czasu twoje prośby o wskazanie najładniejszych liter i moje odpowiedzi. Pracujesz szybciej, z większym zapałem, ale również staranniej. Pochwały wyraźnie dodają ci skrzydeł. Mija czas.
"Tata Kuba" - mówisz niespodziewanie, przecinając jeden z dłuższych okresów własnego milczenia. "To mój drugi tata, nie ten prawdziwy, bo mój prawdziwy tata umarł". "Przykro mi" - mówię i patrzę na Ciebie, ale uciekasz w pisanie. "Kiedy twój tatuś umarł?". "Jakieś dziewięćdziesiąt dziewięć dni temu" - odpowiadasz, nie przerywając swojej pracy. Zastanawiam się przelotnie, czy to możliwe, że je odliczasz, wracając myślą do przekazanej mi przez kogoś informacji, że twój biologiczny ojciec zginął w wypadku w grudniu minionego roku. Serce mi się lekko zaciska. "On jest
"z" " - dodajesz szybko. "Zły...?" - pytam niepewnie, bo wydaje mi się, że nie dosłyszałam ostatniego słowa. "Nie, Z. Z". "Ten tata, który umarł jest "Z"? "Nie, tata Kuba". "Co to znaczy, że
jest "Z"?"
"Tak mówimy z kolegą Tomkiem, kiedy ktoś jest Zły albo Złodziejem, ze on jest "Z"" - mówisz, lekko się uśmiechając. "A tata Kuba jest zły?" "Trochę". "Jest dla ciebie niemiły?" "Tak. Nie. Powiedział mamie, zebym pojechał na basen, kiedy ona nie chciała, zebym jechał". "To dlaczego jest "Z"?". Patrzysz na mnie uważnie, z całą ostrością swojej siedmioletniej świadomości. "Wolałem tamtego tatę. Kochałem go. Kocham. Kochałem".
"Taty Kuby nie kocham" - dodajesz ciszej po upływie chwili, lub miliona chwil, wylewając trochę wody ze swojego głębokiego wiaderka poczucia winy. Przez krótki moment spoglądasz na mnie i czekasz, czy się zezłoszczę, oburzę, zaprzeczę temu, co powiedziałeś. Szukam odpowiednich słów, ale wszystko, na co mnie w tej chwili stać, to jedno krótkie "Rozumiem".
Po kilku uderzeniach serca ręka ponownie ląduje w buzi, ołówek kontynuuje swoją trudną wędrówkę po papierze. "Lubię jeździć do taty, czasem jeździmy z mamą". "Dokąd?"-pytam. "Tam, daleko, na cmentaz". "I co tam robisz?" - pytam równie delikatnie, co bez sensu, onieśmielona wagą spraw, którymi zechciałeś się ze mną podzielić. "Mama mnie mocno psytula".


--
Wyróżnienia:

I
wychodzę z gabinetu.
wchodziłam piękna, mądra, zdrowa, szczęśliwa
stoję zaskoczona własną śmiertelnością,
patrzę na nowiutkie, drogie buty
najbardziej niepotrzebne buty na świecie
zastanawiam się, czy uda mi się je oddać do sklepu

II
patrzę na Ciebie (nie chcę patrzeć) jak siedzisz blisko (dalej być nie można), mówisz coś do mnie (od dawna do mnie nie mówisz) i myślę, czemu jesteśmy razem (lecz razem wcale nas nie ma).
wyglądasz jak ten, którego kochałam (nie jesteś nim), ja jak kobieta, którą wybrałeś (to nie ona) i nadal bywasz blisko (nie pozwalam Ci się zbliżać).
oboje żyjemy (nie razem), śpiąc w jednym łóżku (bez siebie), podobno wszystko można zmienić (nie da się niczego), możemy wszystko (nie potrafimy nic).
i wiem (też wiesz), że tej ciężkiej żałoby nikt za nas nie odprawi.

III
Wytężam wszystkie zmysły, by móc znów zobaczyć Cię radosną, z rozwianymi przez wiatr włosami. Z całych sił staram się zachować obrazy SPRZED … kiedy uśmiechnięta wsuwasz biały welon w moje włosy, wzruszona bierzesz w ramiona mojego kilkudniowego synka, z troską przyklejasz plaster na skaleczone kolano mojej córeczki.
Zamykam oczy. Powracają obrazy rozdzierające serce na strzępy. Jutro mija miesiąc od Twojego odejścia. Klatka po klatce przesuwa się klisza. Twoja twarz tak bardzo podobna do mojej, tylko zbyt papierowa, o zbyt ostrych rysach, tak niespójnych z Twoją łagodnością. Twoje oczy, z których bije ból i strach przed tym, co nieuniknione. Usta zaciśnięte na zielonej, wilgotnej gąbce. Kurczowo trzymam Twoją rękę, chcę odwrócić los, zatrzymać uchodzące życie. Ciężkie łzy kapią jedna po drugiej na Twą chłodną dłoń, która jeszcze niedawno z czułością gładziła mój policzek… CISZA, bez tętna, bez oddechu, bez Ciebie…
Otwieram drzwi hospicjum. Świat pędzi dalej, świat się nie zatrzymał … mój się zatrzymał, nie mam MAMY…

IV
wyciągam złamaną dachówkę spod mchu
pod belką gniazda os
w dziurze piętka nieba

ona zgarnia braki, jak okruchy ze stołu
chowa ukradkiem do kieszeni podomki
dusi kaszel dłonią

tak nie można, mówię
a ona się śmieje, że do śmierci dożyje
i całuje piąstki wnuka

V
Trudne
jest wtedy, kiedy idziesz na tomografię przed rozpoczęciem chemii i okazuje się, że oprócz guzków w płucach jest jeszcze jeden w przestrzeni zaotrzewnowej i on jest duży
kiedy przyjaciółka, która modliła się o twoje zdrowie pod paskiewiczowym krzyżem, teraz nawet nie dzwoni, bo jest zalatana
kiedy idziesz do pokoju Ruch Pacjentów i widzisz w papierach, że to IV stopień, już o tym wiedziałaś, ale teraz zobaczyłaś tak czarno na białym
kiedy musisz przejść na rentę i prosisz dyrektora o jedną klasę, cztery godziny w tygodniu, a on syczy, że nie ma o tym mowy
kiedy mówisz o tej rencie w domu i ktoś z rodziny nazywa cię wstrętnym pasożytem
kiedy trzy dni po chemii wychodzisz z łóżka i zmieniasz mamie pieluchę, bo nikt nie mógł przyjść ci pomóc

VI
Stoję. Korytarz... za mną drzwi izolatki.
Przede mną okno, widok na drugie skrzydło szpitala. Zbliżenie kadru, pielęgniarka pochylona nad noworodkiem – POCZĄTEK.
Odwracam się, naciskam klamkę. Wchodzę. Liczę JEJ ostatnie oddechy... –KONIEC.

Gdzie ŚRODEK? ŚRODEK fruwa zawieszony na dwóch cienkich nitkach między POCZĄTKIEM i KOŃCEM.

To zdjęcie i myśl, że może mogłam lepiej liczyć ostatnie oddechy wracają uparcie każdego dnia.
Może mogłam bardziej, lepiej, więcej...

VII
Rano wzięłam się za sprzątanie.
Pozamiatałam, zmyłam podłogę.
W nowym, nieużywanym wiadrze od mopa znalazłam nowe opakowanie kwasu foliowego, którego szukałam po kartonach od kilku dni.
Umyłam przedostanie okno.
- Ostatnie umyję jak urodzę - zażartowałam do Męża, kiedy wcześniej wrócił z pracy.
Wyjęłam luźne jeansy i ulubioną bluzę.
Zerknęłam na zegarek.
Zrobiłam nam herbatę.
Miałam zamiar zacząć się ubierać.

I wtedy zadzwoniła Sarah, embriolog.

Wygląda na to, że zakończyliśmy pewien etap w naszym życiu.
Trzeci raz nie okazał się szczęśliwy.
 Czas wyjąć z szafy magiczny wniosek o adopcję.
Przyjrzeć się mu raz jeszcze, choć wątpliwości nie mamy żadnych.
Dać jemu i nam odetchnąć, zanim wrzucimy go do skrzynki.
Po raz pierwszy.
Od lat.
Wszystko jest jasne.

I to nieważne, że jeszcze płaczę.
Wszystkie nasze nienarodzone dzieci muszą zostać opłakane.

A te, które być może już są na tym świecie, niech będą spokojne.
Spotkamy się.
Wierzymy w to całym sercem.
Już niedługo.


25 marca 2014

20 marca 2014

W kawałkach



Jestem rozmontowana na części pierwsze.
Roz mon   to   wa na.

Miałam trzynaście lat gdy po raz pierwszy zobaczyłam "Podwójne życie Weroniki". Dotknęłam czegoś, czego nie mogłam zrozumieć i o czym nie przestawałam myśleć. Mama patrzyła dziwnie, gdy po raz trzeci poprosiłam o pieniądze na bilet do kina. Ten sam film Kieślowskiego.
Za każdym razem łapałam coś innego. Numer tramwaju, którym jedzie pierwsza Weronika i numer hotelowego pokoju Weroniki drugiej, smuga światła na murze, pył starej kamienicy spadający na policzek, staruszka, spojrzenie z tłumu, kulka ze światem na opak i w drodze. Kieślowski uczył mnie patrzeć.
Po Weronice przyszedł czas na "Dekalog". Wyłudzone od taty kasety VHS, TV Polonia i czatowanie na podłodze przy magnetowidzie. Nagrałam wszystkie dziesięć filmów, chłonęłam je miesiącami. Dopiero później "Trzy kolory". "Niebieski" rozsadził mnie w pełni dopiero po śmierci M. Wcześniej "Czerwony" i "Biały". Potem "Przypadek", "Amator" i dokumenty. Przecierałam oczy ze zdumienia. Widziałam coraz więcej.

Kieślowski pokazał mi nie tylko świat, pokazał też Boga. Do dziś tak właśnie Go widzę. W kadrze pomiędzy palcami, poza kościołem, pod słowem, w gestach, fleszach. Niewierzący Kieślowski. Świecki pogrzeb, jak Szymborska - tak bardzo uczciwie i z Bogiem. Jeśli jest. Nie wiem, brak tej pewności uważam za jeden z większych darów.

Panie Michale, porównaniem do TEJ wrażliwości rozmontował mnie Pan na kawałki. 

Forma jednak to też temat. Oddycham Kieślowskim, patrzę nim na bliskich, na miasto, hospicjum. On, Szymborska i Herbert. Potem długo nic. 
Piszę to w wielkich emocjach - mój blog, moja myśloodsiewnia i wolność. Dziś chcę tak właśnie, na pełnym gazie egzaltacji i szczęścia.

Jerzy Stuhr?
Po cichu marzyłam, by trafił na bloga, szczególnie, gdy przeczytałam jego "Tak sobie myślę...". Nigdy nie ośmieliłam się napisać. I oto widzę pana Jerzego z moją książką w ręku. Słyszę: "Zorkownia krzepi"...

Jurek Owsiak?
Szał.
Moje dzieci ratował sprzęt Orkiestry. Wciąż rosło we mnie poczucie, że należy się odwdzięczyć. Wrzuciliśmy do puszki dwie złote obrączki po dziadkach, ale nie starczyło. Po paru latach synek zagrał na rzecz WOŚP, jednak wciąż wychodziło na to, że jestem bardziej obdarowana, niż daję. Czułam, że o tym, ile dostałam, muszę Jurkowi powiedzieć. Nie listem. Pewnego dnia po prostu stanął obok, a ja skorzystałam. Widziałam potem zeszklone oczy Jurka i już wiedziałam: trzeba go mocno wspierać, oczy nie kłamią. Nagraniem o "Zorkowni" zrobiłeś mi, Jurku, wielki prezent. Przecudnie podskakujesz ("Mo-hi-ka-ninem"), z energią czytasz fragment książki. Wybrałeś tekst o wolontariuszach-krzesłach. Akurat ten... Trudny do przyjęcia, choć prawdziwy.

Anna Dymna?
Kobieta-zjawisko, kobieta-siła. Nawet nie marzyłam, że kiedyś ją uściskam, że spędzę z nią niemal cały dzień, że tyle doda mi otuchy. ...I że powie mojej mamie do słuchawki: - Może być pani z córki dumna, bo jest piękna, mądra i wspaniała. Mama od kilku dni świeci.

Z uwagą przyglądam się temu, z jaką determinacją mierzy się z bezradnością i wygrywa, mozolnie nadaje sens, ile ma siły, mądrości. Jak bardzo pomaga innym, jednocześnie ratując siebie. O tym, że przeczytała "Zorkownię", dowiedziałam się niedawno. Zobaczyłam film i płakałam jak bóbr. Dlaczego Róża tego nie doczekała… Historię jej Fredka czyta sama Ewa Błaszczyk! Pamiętam, jak rozmawiałam w hospicjum z Różą o fundacji Budzik: - Są ludzie, którzy mają nadspodziewaną siłę. – mówiła. Pani Ewo, może to niewiele znaczy, ale zorkowa Róża też miała na imię Ewa. W jakiś przedziwny sposób Ewunia przekazała Pani tę kartkę bezdomnego Fredka w depozyt. Wyciągnęła z niej Pani znacznie więcej niż ja. Proszę ją schować do portfela.


...I to Kieślowski właśnie.


Zrobił mi Pan największy prezent, panie Michale. Trafił w punkt. 
I nie, nie pogniewałam się. 
Zdumiona popatrzyłam na rozmontowane kawałki i spokojnie przyszło do mnie: jest dobrze. Tak jak jest.

18 marca 2014

Się dzieje



Wdzięczność, Jurku, wdzięczność ogromna! Zatkało mnie.



Pani Ewo, dziękuję...
Czapki z głów przed Budzikiem.

© fot. Waldemar Wylegalski
© fot. Waldemar Wylegalski
© fot. Waldemar Wylegalski
© fot. Waldemar Wylegalski
© fot. Joanna Skorupska-Górska
© fot. pan kelner

Ostatnio ładuję akumulator - i jest to potężne turbodoładowanie.
Czuję/rozumiem, że to przed drogą, że robota czeka na zewnątrz. Chłonę zatem, zbieram, otwieram się na oścież. Innej opcji nie ma. :)

17 marca 2014

Zadanie


Wydawnictwo Znak ma dla Was trzy książki, ja natomiast mam zadanie.

Zróbcie zdjęcie ważnej dla Was chwili - dobrej/trudnej/pięknej/śmiesznej/z początku/środka/końca.
Zdjęcie nie z pikseli a z literek, wsunięte tu, w komentarz.

Po amatorsku (amo, amare) i - o zgrozo - zupełnie subiektywnie wybiorę trzy historie, które w środę (26.03) wkleję do mojego blogowego albumu na "Zet", a do autorów trafi "Zorkownia".

Wchodzicie w to?
Czekam bardzo. :)


---
Aktualizacja (18.03):

Poprosiłam Znak o więcej książek, bo nie dam rady wybrać tylko trzech historii; nie przewidziałam, że tak mnie pozamiatacie. :)

Zatem mamy 5 książek i przy okazji dla wszystkich specjalny rabat. Wydawca pisze:

"Odejmiemy 40 zł od kosztów zamówienia, jeśli w koszyku znajdą się książki za minimum 100 zł.
To oznacza, że w praktyce za książki o wartości 100 zł zapłacicie tylko 60 zł.  
Pod tym linkiem:  http://www.znak.com.pl/blogzorkownia  znajdziecie indywidualne kody rabatowe. Kod rabatowy należy wpisać podczas zakupów, aby promocja zadziałała. Przesyłka oczywiście gratis. Śpieszcie się, bo promocja jest ważna tylko dla 100 pierwszych osób!"

Od siebie dodam (prewencyjnie wspominając, że nikt mi za to nie płaci): jest parę perełek, które wyszły ostatnio w Znaku i które sama z podobnym kodem zakupiłam. Polecam Wam bardzo "Beksińskich. Portret podwójny" M. Grzebałkowskiej - znakomita książka o skomplikowanych relacjach ojca i syna ("Zdzisław Beksiński nigdy nie uderzy swojego syna. Zdzisław Beksiński nigdy nie przytuli swojego syna."), zresztą nie tylko o tym. Jest świato-czuły Huelle ("Śpiewaj ogrody"), misternie tkający fabułę. Na półce czeka też "Transsyberyjska" P. Milewskiego o podróży i Rosji - tej jeszcze nie czytałam, ale wygląda zachęcająco. 
A teraz zmykam, za chwilę prowadzę lekcję o wolontariacie - piąta/szósta klasa - więc jest wyzwanie. 

Piszcie, czytam Was zachłannie.

15 marca 2014

Z drogi


Wyrośli mi nagle przed winiarnią. Rodzice Gosi.

Ostatni raz widzieliśmy się w nocy przy hospicjum. Pakowaliśmy do bagażnika wielkie niebieskie siaty z IKEI. Wszystko powrzucane jak leci: kapcie, piżama, leki, książki, dokumenty, zdjęcia, różaniec.
Gosia została w pokoju. Na wznak i na amen.

Uściskaliśmy się bez słowa.

Jechałam potem przez las z ołowiu. Zimne gwiazdy, księżyc-nóż.
Zatrzymałam auto w połowie drogi, przy polu. Zamknęłam drzwi od środka.
Noc - jama, noc - strach, noc - z której trzeba uciec.
Długo nie mogłam ruszyć dalej.

Pstryk.

- Nasza Agnieszka! - słyszę od taty Gosi i już trzymam kwiaty.

- Tyle razy chciałam do was zadzwonić, wprosić się na kawę... Bałam się, nie chciałam ranić, przynosić siebie, hospicjum. Czas mijał, robiło się coraz trudniej. - Tłumaczę się na wdechu. Niepotrzebnie.

- Aleś mnie opisała! - Mówi jej tata z uśmiechem. Nie ma za złe.

- Tak się cieszę, że przyszliście! - Przytulam mamę Gosi z całych sił.

- Cztery lata. Nie do wiary...

Siadają z boku. Obok wolontariusze i czytelnicy, Basia, Profesor, Przemek, moja mama.
Jestem tak wzruszona, że na początku nie umiem zebrać myśli.


...To było wyjątkowe spotkanie autorskie. Opowiedzieliśmy sobie wiele historii.
Oddałam mikrofon Profesorowi - mówi ważniejsze rzeczy niż ja i robi to prościej.
Potem Przemek zdał skromny raport z drogi. I wbił w fotel.
Justyna - uosobienie taktu i wrażliwości; "taka nasza" - skwitowała Basia.

Poznałam swoich czytelników. Tyle w Was ciepła!

...A przy drzwiach wyjściowych stanął tata. Prosto z pracy.
Próbował się schować.

Nic nie powiedział o książce, nic o spotkaniu. Za to zrobił mi porządek w ogrodzie, poprawił budkę lęgową na jabłonce, wymył samochód.

I jeżdżę sobie.
A od wdzięczności aż świecę.




1 marca 2014

Spotkanie


"Zorkownia" już w księgarniach. Ogromna radość i wdzięczność - mam Wydawnictwo, które dało mi wolną rękę, spotykam dobrze przygotowanych do rozmów dziennikarzy, czytam o książce tyle ciepłych recenzji, dostaję od Was wzruszające maile.
I nie mam słów na to wszystko...

Dziękuję.

Próbuję łapać oddech i być uczciwa. Na czas sesji, egzaminów i nade wszystko promocji książki wycofałam się z hospicjum; nie chcę tam wpadać jak po ogień. Podobna decyzja już raz mi pomogła - wtedy, gdy odebrałam trzy statuetki w konkursie Blog Roku.

W hospicjum trzeba spokoju, teraz jest inny czas. Dobry, potrzebny, ale biegu.

Hospicjum jest cierpliwe, biegam więc z uśmiechem. Za kilka dni maraton się kończy i wracam do siebie. Natomiast tu i teraz, w tym pełnym radości i zdziwienia biegu, zapraszam Was na jedyne spotkanie autorskie.

Najbliższy wtorek (4.03), Poznań - Stary Browar, Food Wine, godz. 18:00.
Poprowadzi je Wyjątkowa dla mnie Osoba.

Więcej szczegółów: Klik klik klik


19 lutego 2014

Ptaki


- Paulinka zmarła godzinę temu. Jestem obok, nie odejdę od mamy na krok. - Mówi Basia przez telefon.

Siedzę przy kuchennym stole. Za oknem jabłonka i szare niebo. Jeden klucz ptaków, drugi... - w sumie osiem, raz za razem. Odlot - myślę - ewakuacja, świat bierze nogi za pas.
I nagle dociera do mnie: przecież idzie wiosna, one przylatują, to tylko tak wygląda.

Myślę o dziecku, które właśnie zmarło. Pocieszam się ptakami, tym, że pozory mylą.

Bez skutku. Żaden obraz, żadna myśl i opowieść nie uzasadni tego odlotu.





10 lutego 2014

Pistolet


Gdy Róża była w domu opieki, skakałam ruchem konika szachowego.
Hospicjum - sprzęgło - mieszkanie Pe - hamulec - dom opieki Róży - gaz - szkoła muzyczna - korki - dom własny - stacja benzynowa. W weekend uczelnia.

Znów mamy Różę u siebie. Zapracowała ciężko na powrót do hospicjum. Pobyt w domu opieki zakończył się potężnymi odleżynami. Na przykład pod biustem.

Bezwładne ciało ląduje w kolejnym pudle ze ścian. Co z tego, że znanym i bezpiecznym.
Zwierzęcy strach.

Przyjeżdżam wieczorem. Róża leży na innym, niż poprzednio, oddziale.

- Agnieszka... Czy tu są pielęgniarki, które pamiętam?

- Tak, są.

- Ale ja tych nie znam.

- Może akurat dziś są takie osoby, których pani nie kojarzy. O dziewiętnastej zmiana, poczekamy razem, na pewno ktoś taki się pojawi.

- Ale ja tu nie mogę być za długo, kilka miesięcy góra. ...Nie chcę wracać do domu opieki! Tam płacę za dokładne mycie, czekam po kilka godzin na zmianę pieluchy. - Róża płacze.

- Nie zostawimy cię, Różo. Nie ma takiej opcji. Pamięta pani? Przyjechałam nawet w wigilię. I Basia była, i Filip, domowe ciasto, kompot, zaprawy, zimowa herbata. Nic się nie zmieniło. - Głaszczę ją po ręce.

- Już bym chciała umrzeć, naprawdę. To wszystko tak boli, tak boli. Możesz coś zrobić, dziecko, przyspieszyć? - Pytanie-bumerang.

- Mogę tu być, Różyczko...
A pamięta pani historię o ojcu i koniu? Jak to było, bo zapomniałam. - Kłamię jak z nut.

- Ach! Ojciec miał iść do seminarium duchownego, żeby się choć jeden wykształcił i coś znaczył. Do dziś mam w szufladzie list, w którym zakonnnicy wyliczają, z czym tatko ma się do seminarium stawić: 6 zmian pościeli, 12 zmian skarpet i bielizny, 120 złotych czesnego. Ciężko to zgromadzić. Poszedł więc do studium nauczycielskiego, bo tam były tylko po trzy zmiany i groszowe czesne. No ale po paru miesiącach musiał wrócić do domu. Okazało się, że koń, ten do pola, nie chciał z nikim innym pracować, tylko z nim. - Wreszcie się uśmiecha.

Gdy zaglądam po kilku dniach, Róża śpi. Wiem, że nie należy jej budzić.

A potem pstryk.
Znika nagle i bez pożegnania.

Zostaję z tą historią:

- Pamiętasz esesmana z Gniezna, u którego pracowała w czasie wojny moja mama? Pewnego razu zginął mu pistolet. Nikt się nie przyznawał, podejrzenie padło więc na mamę. W całym mieście rozwieszono ogłoszenia, że jak do środy w południe pistolet się nie znajdzie, mama zostanie rozstrzelana na rynku. Mijał dzień za dniem, pistoletu nie było. W środę, jak co rano, mama stawiła się u Niemców. Poprasowała obrusy i kołnierzyki, siadła z dziećmi do francuskiego. Pistolet znalazł się na godzinę przed egzekucją. Zabrał go syn Niemca dla zabawy.

5 lutego 2014

Makijaż permanentny


Obrysowane usta, tatuaż brwi nad plamkami źrenic; kreska na powiece trzyma rzęsy w rządku.
Włosy z chemicznym błyskiem, odrosty w kolorze ziemi, wyblakłe wargi pod wydzierganą obwódką.
Kolczyk-boja dryfuje na powierzchni skóry.

Świat się rozpada. Totalna bezradność i złość. Dziewczyna z narysowaną twarzą.
Trzymam to dziecko za rękę.

A potem wchodzi matka. Matrioszka, co się kiwa. Wysokoprocentowa mater tua.
Kruczoczarne trójkąty brwi, wargi na półkrwisto, zmarszczki za oleistym fluidem, gruba warstwa pudru, lakieru i perfum.

- Gorzej jest? - pyta mi głośno w sam środek.

Mamroczę coś blado.

Przesiąkam przez ścianę, przez szybę.

Na niebie mewy, wróble i wrony. Pasek bieli po samolocie.
W dole wściekle kolorowa ulotka, na niej deszcz ze śniegiem, ziemia.

28 stycznia 2014

Pani od dzieci


Na oddziale nowy pacjent: lekarz pediatra.
Dostaję od Igi strzępki zdarzeń rodzinnych, opowieści ze studiów i pracy. Historie uratowanych dzieci oraz tych, którym nie udało się pomóc.

- Pamiętam Wiktorka, miał pięć lat i doskonale wiedział, że do końca życia będzie jadł przez rurkę. Pamiętam jego mamę - spokojną, uśmiechniętą. Życie z rurką i rychła śmierć wydawała mi się wtedy czymś przerażającym. Nie miałam jeszcze wtedy syna. Nic nie rozumiałam.

- W tej pracy dotyka się tajemnic. Teraz wielu lekarzy kalkuluje - to się opłaca, tamto nie. Uczyli mnie przedwojenni profesorowie: patriotyzm, służba i odpowiedzialność - to zapamiętałam na całe życie. Nie było świąt, zmęczenia, nie było ważniejszej rzeczy nad chore dziecko.

- Tyle śmierci widziałam, tyle razy się nie udało. Nie zadręczam się, ale te historie zostały. Pewnie, gdyby policzyć, wyleczyłam tysiące dzieci. Teraz są dorosłe, może mają nawet wnuki, poszły dalej.

- Na swoim oddziale miałam pielęgniarkę. Trzydzieści lat razem. Szanowałyśmy się, ale nie przekraczałyśmy pewnych granic. Dopiero później, gdy przeszła na emeryturę. Odwiedzałam ją w hospicjum, byłam do końca. Nie boję się umierać, pani Agnieszko. To część życia.

Na salę wchodzą młodzi ludzie w kitlach. Iga uśmiecha się i wyciera nos. Przygląda się studentom z ciekawością. Odsuwam krzesło, dotykam nadgarstka i na odchodne mówię:

- Miłej nauki, pani doktor.

Iga puszcza oko i przybiera minę poważnej pacjentki.
Dzieciaki w białych kitlach przystępują do zbierania wywiadu.

23 stycznia 2014

Jeremi


Widujemy się od kilku tygodni w przelocie, pytam co potrzeba. Potrzeba niewiele. Czasem świeżej herbaty w czystym kubku, przymknąć drzwi, pomóc przygotować się do obiadu.

- Jeszcze sam, dziękuję.

Dopiero niedawno:

- Pomoże mi pani usiąść?

Siadamy.

- Na wieszaku jest szlafrok, proszę mi go narzucić na ramiona.

Jeremi przygarbiony, chude nogi zwisają z łóżka, broda oparta o mostek.

- Ciężki dzień?

- Mam już dosyć. Plecy mnie bolą od tego leżenia, muszę posiedzieć, nie mam siły.

Kładę mu rękę na plecy. Wiem, że odwiedza go codziennie rodzina, wiem, że wszyscy tu starają się być mili, wiem, że to nie starczy. Robię kółka otwartą dłonią, doraźny masaż bez planu. Dwie, trzy minuty ciszy.

- To bardzo miłe. Nie pamiętam już kiedy ktoś mnie głaskał po plecach.

Mocno mnie to peszy, ale nie cofam ręki.

- Dziś środa, wychodzi pana gazeta. Ma pan, czy kupić?

- Dziecko, nie idź specjalnie, zimno jest.

- Nie idę specjalnie, pojadę po synka do szkoły, kupię i w drodze powrotnej podrzucę.

Po dwóch godzinach wracam. Na brzegu stolika ułożone w stosik monety, u góry dziesięciogroszówki. Jeremi śpi na plecach.

Widzę go po raz ostatni.

I nie wiem dlaczego, ale mocno zostaje we mnie ta chwila.
Nie mam do opowiedzenia Wam żadnej historii Jeremiego, brak puenty, zostałam tylko z tym, że czasem dobrze jest zamienić się rolami. Pocałować swoją babcię w czubek głowy, odgarnąć jej grzywkę, poklepać plecy taty, pogłaskać po policzku mamę. To nic nie szkodzi, niczego nie przekracza. Dodaje trójwymiaru do zakleszczonej roli, na moment odmyka schemat.

12 stycznia 2014

Dwa


Gościmy w domu ekipę telewizyjną. Bo jestem mamą wcześniaka, któremu pomagał sprzęt zakupiony przez Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Bo trochę mnie w mediach i jakoś łatwiej dotrzeć. Bo zazwyczaj - kiedy wiem, że warto - decyduję się mówić.

 - Tysiąc trzysta gramów, stan ciężki, dwa wylewy, dziurka w sercu, chore płuca i oczy, respirator, inkubator.

Pokazuję zdjęcia. I przeskok z OIOMu : pierwszoklasista wygrywa szkolny konkurs talentów. Gra na pianinie w dniu zbiórki WOŚP. Zbiórka na wcześniaki.

- Wzruszona mama? - pyta miły pan. - Wszystko skończyło się dobrze.

Dobrze. Dobrze.
Decyduję się dalej:

- Wcześniej urodziłam dziewczynkę, żyła dziesięć dni. Też leżała w inkubatorze z serduszkiem Orkiestry. To nie wejdzie do materiału i rozumiem - przekaz ma być prosty. Chcę jednak, by pan wiedział: nie zawsze się udaje, mimo sprzętu. Dostałam jednak dziesięć dni. Całe dziesięć dni na nadzieję, bycie razem, na to, by móc się pożegnać. Jestem ogromnie wdzięczna.

...Chcę, byście i Wy wiedzieli.
Sprzęt pomógł nam DWA razy.

2 stycznia 2014

Wielka Orkiestra


Od serca, bo inaczej nie ma sensu:

ttp://aukcje.wosp.org.pl/zorka-wyjatkowy-pierscien-i886191


Jest piękny. Z radością się nim podzielę. :)

Kierunek, w którym zmierza Orkiestra, bardzo mi się podoba.
Chapeau bas!

29 grudnia 2013

Owocowa


Już trochę się znamy. Białe włosy, ciepły głos, Stenia. Zawsze pogodna, rozgadana, każdego wita z uśmiechem. Często wpadają dzieci i wnuki. Wiem, ile chłopców, a ile dziewczynek, kto został, kto wyjechał, czy dzwoni, gdzie pracuje. Mówi, że jestem kochana, że wszyscy wolontariusze tutaj, że ona w parafii tak samo, całe życie.

Od niedawna dzieli salę z Anią, wcześniej leżała sama.

Ania jest w moim wieku, waży nie więcej niż 40 kilo, nie ma sił, by wstać. Oczy szeroko otwarte.

- Może chcesz się napić herbaty? - Zaczynam bezpiecznie.

- Tak... - Ledwo ją słyszę. - Tylko ja... mogę jedynie owocową... Mam czarną, ale po czarnej... - Ania porusza ręką, kierunek: od siebie do plastikowej miski.

- Rozumiem. Coś się znajdzie, uszy do góry.

Nic się nie znajduje, na korytarzu przy czajniku tylko czarna i zielona. Obok wolontariuszka, pytam więc o owocową.

- Pani Stenia ma przecież, chodź.

Wracamy razem.

- Pani Steniu, mogłybyśmy pożyczyć dla sąsiadki jedną herbatkę?

- O nie, nie. Dam komuś i potem JA nie będę miała? Dziś już tu do mnie nikt nie przyjdzie, nie kupi. Jednemu dam, drugiemu - i tak o, dla mnie nic.

Patrzę na jej stolik: soki, kawa, woda, ciastka, trzy opakowania herbat. Dwa wciąż w folii.

Patrzę na Anię. Napięta jak struna, wystraszona. Zapadam się ze wstydu.
Widzę, jak niewiele tu czasu.

- Przepraszam..., nie trzeba... - Mówi cicho. - Napiję się wody.

Wolontariuszka jest szybsza:

- Ależ co tam, będzie owocowa. Musisz się napić czegoś ciepłego, dziecko.

W końcu się udaje. Dziecko pije.
Po kilku dniach odchodzi na amen - z pokoju Steni o ciepłym głosie.

25 grudnia 2013

DoMy


Moje święta zaczęły się dwudziestego trzeciego grudnia.
Pojechałam z synkiem do hospicjum.
Na wewnętrznym tarasie muzyka i śpiew. Na gitarze gra pan złota rączka - widuję go co środę, sprawdza żarówki, zlewy, czasem naprawi kontakt czy dzwonek przy łóżku. Robocze spodnie, flanelowa koszula, na kolanach śpiewnik. Obok wolontariuszki, psycholożka i pani, która sprząta - co za cudny głos. Na fotelu pan Janusz w szlafroku, pacjent. Wkręcamy się raz-dwa, synek stara się śpiewać najgłośniej.


***
Koordynatorka Basia macha z dołu, ruszamy do Paulinki, naszej wolontariuszki.

Paulina ma: lat piętnaście, raka.
Paulina nie ma: włosów, sił.

Wchodzimy na palcach, dziewczynka leży na kanapie pod kocem. Nie mówi nic, czasem się uśmiecha. Przytula flanelowego bałwana od synka.
Łamiemy się opłatkiem, właściwie łamię się za nią i siebie, podaję do ust, dotykam gładkiej głowy.

- Masz piękne, mądre oczy. - Pamiętam tylko to, a przecież składałam jej jakieś życzenia.

Basia wyrabia normę za nas obie - z energią opowiada o akcjach na poznańskim Rynku.
Przez cały grudzień zbieraliśmy pieniądze dla Paulinki sprzedając dziergane motyle, serwety, obrazy, które dostaliśmy od życzliwych ludzi. Pomagamy naskórkowo, za to z całych sił.

A przecież chwilę temu ta sama dziewczyna, w żółtej koszulce wolontariusza, zbierała pieniądze na rozbudowę hospicjum.

Nie mam słów.
Rozbijam się o znaki zapytania, kropki i dużo wykrzykników.


***
Kilka ulic dalej mieszka Sylwia. Ostatnio widziałyśmy się na jej ślubie. Wieziemy świąteczne prezenty dla całej rodziny. Chłopaki podrosły, Lenka właśnie kończy miesiąc - wykapany tata.
Nie mogę się napatrzeć na jej czarny łebek.


***
Wieczorem, zamiast krzątać się w kuchni, wtulam się w swój dom.
Bo jest, bo jest dobry, bo akurat dziś bardziej potrzeba mi tego, niż sprzątania.


***
W wigilię rano wsiadam w samochód i jadę do Róży. Na parkingu tylko jedno auto, za to całkiem znajome.

Kogo spotykam przy łóżku Róży, no kogo?
Basię. Uśmiech od ucha do ucha.

Świat jest mały.
Za to dom coraz bardziej mi rośnie.


***
Pogodnych świąt, kochani - we wszystkich Waszych domach.

Z tym, co jest.