29 maja 2012

Za

...


Zakochałaś się. A przecież miało cię nie być.
Zakochałaś się i pytasz mnie o zdanie.

Nie bój się, płyń.
Zamiast zdania mam uśmiech.


Widziałam go tylko raz. Przywiozłam dzieciom pokonkursowego laptopa, Darek wpadł zabrać chłopaków na boisko. Duży, spokojny. Bacznie mi się przyglądał. Stolarz - jak moj dziadek. Całkiem zgrabnie wyszła mu twoja nowa kuchnia. I czekanie.
Zaiskrzylo 11 lat temu. Ty poszłaś swoją drogą, on żył z dnia na dzień.
Dałaś Waldkowi trzech wspaniałych synów i najszczęśliwszy czas.
Do samego hospicyjnego końca.

Niewiele rzeczy da się zaplanować. Niewiele ważnych.

- Nie wiem, jak to się stało. - piszesz w mailu. - Co wieczór płaczę prosząc Boga o szansę dla nas, żeby już wszystko było dobrze. I żeby inni mnie nie osądzali, bo miłości się nie planuje.

Cudownie nabierasz wiatru w żagle, cudownie rośniesz:

- Mam motylki w brzuchu, zasypiam i budzę się myśląc o Darku. Nie chcę, by się martwił - mam miejsce dla niego. Kocham Waldka, ale wracam do życia dzięki Darkowi i chłopcom, którzy za nim przepadają. Lubię go słuchać i siedzieć z nim w milczeniu; jest taki spokojny, cierpliwy...

Prosisz, bym napisała o tym na zorkowni. Rozumiem i dziękuję. Nie mam odwagi pisać o wszystkim; poczekam, aż od zakochania odpadnie "za".

Szczęśliwie nie ma pośpiechu.

Sylwio. :)


.

23 maja 2012

Kareta

...


Długo czekaliśmy na tę podroż.

Wpierw lektyka na kółkach.
Nie pomagasz, nie utrudniasz, poddajesz się. Rytmowi.

Docelowy środek transportu - kareta. Lśniąca, kolory wyraziste, dwóch giermków - jak się patrzy. Zamykasz oczy.
Drzwiczki otwierają się z hukiem. Kareta wchłania cię razem z lektyką.
Grymas, zwierzęcy strach.

Wsiadam prędko. Przez dwie godziny ściskam ci rękę.

To nie kareta na sygnale - mówię.

Nie tym razem, Pe.


.

16 maja 2012

Życzenie

...


Lekarz zaprzecza temu, co widzę. Kontaktu z pacjentem brak, uśmiechy, owszem, ale mimowolne, Pe często nie mruga na zawołanie, nie rusza sam ręką; dominuje spastyka.

Rusza, Panie Doktorze, tylko czasem o centymetr i po minucie od prośby.

Uśmiech - gdy jest powód. Czasem nieadekwatny, wiem, widziałam, natomiast zawsze związany z silną emocją. Na przykład ze stresem, strachem, wzruszeniem. Uczę się rozpoznawać. Pe - różnicować.

Poczucie humoru obezwładniające.

Dwa razy płakaliśmy.
Zgodnie z kontekstem, Panie Doktorze.

Tak, były łzy.

Zamiast kilkukrotnego mrugania, Pe szeroko otwiera oczy. To zawsze znaczy "tak". Proszę spróbować.

Proszę też pomyśleć, Doktorze, czy czasem nie robi Pan krzywdy rodzinie mówiąc, że kontakt z Pe jest tylko życzeniowy, że rehabilitacja niewiele da.
Wie Pan na pewno? Oni i tak się boją, tracą wiarę. Łatwo ich złamać.

Pan bada go 5 minut. I rozumiem.
Pan ma wiedzę, najnowsze wyniki.

Siedzę przy Pe godzinami, codziennie, cierpliwie dostrajam się do jego rytmu. Wiem znacznie mniej, widzę sporo.

Proszę mieć tę odwagę, Panie Doktorze, proszę czasem słyszeć.

To jedyne życzenie.


.

15 maja 2012

Pe dał słowo

...


Na ostatniej stronie "Mikołajka" napisałam alfabet. "Motyl i skafander" pomógł ustawić się z tematem. Z namaszczeniem zaczęłam wymieniać litery. Za pierwszym razem prosiłam, by Pe - ćwiczebnie - wymrugał swoje imię. Musiałam się dostroić, złapać rytm. Napięta jak struna.
I zagraliśmy.

Jakie może być pierwsze słowo, no jakie?
Co można powiedzieć?

Pierwsze słowo Pe brzmi...
Pierwsze słowo to...

"PEDAŁ"

Nawzajem opluliśmy się ze śmiechu.

.

9 maja 2012

Zespół

...


Pe od lat jest muzykiem.
Pe ma swój zespół.
Pe gra i śpiewa.

Muzyka jest wszędzie. Rytm wybijało nawet miasto na "O".
Z matematyczną precyzją maszyn.

Od pewnego czasu mamy nową kwaterę. I diagnozę.
Wyrokiem sądu Pe został skazany na kolejny zespół.

Zespół Zamknięcia.


Niestety nie chce w nim śpiewać.
I raczej nie zagra.
Za to na zawołanie stuka talerzami powiek.

Zdecydowanie za cicho.


.

4 maja 2012

Deszcz

...


Krople ślimaczą po szybie, pukają w prapet. Otwieram okno na deszcz. Pranie nasiąka wilgocią, gliniane donice w rumieńcach, trawa napita kolorem. Ptaki-przycupki wrastają w jabłoń; cierpliwa drzemka. Rozmakają kawiaty i drewno. Kamienie rodzą się na nowo.

Lubię wyjść na deszcz. Otwierać ręce, chłonąć.

To, co przyjmiemy, wibruje w krwioobiegu, buduje tkanki.
Ludzie, historie, obrazy wsiąkają pod powieki.

Tak się rośnie.

Tak się jest.

Mo cuishle mo chroi.


.

30 kwietnia 2012

Pierwsza liga

...


Poznałam go prawie trzy lata temu. Wjechał do hospicjum niebieską bryką i stała się jasność. Wiedziałam, że oto zaczyna mi się ktoś nowy; pierwszoligowa sprawa.
Ciepły dzień, słoneczny człowiek, włosy niemal białe, skóra - pergamin, oczy w kolorze oceanu. Przyjechał, by rozgrzać wolontariuszy.
Wsiąknęłam od razu.
Świat Przemka rozszczelniał się na mgliste przed i wyraźne po.
Dobrze znam tę bruzdę, jej ostre kanty.
Drogę przecięła sarna, auto z impetem przywaliło w beton. Kręgosłup trzasnął wysoko; Przemek mógł poruszać tylko głową.

- Po wypadku miesiącami leżałem w szpitalu. Za oknem skwar; dusiłem się i wyłem, ból mnie rozdzierał. Pewnego dnia na twarzy usiadła mi mucha - dmuchałem, a ta spacerowała nadal. Czułem się bezsilny. Gdzieś w tamtym czasie pogasły wszystkie światła. Osiadłem tak nisko, że widziałem dno od drugiej strony.

Był pierwszym człowiekiem w Polsce, który napisał do prezydenta prośbę o eutanazję. Rozmawiał o tym z braćmi, przyjaciółmi. Jeden z nich powiedział:

- Walcz o to, w co wierzysz; dopiero jeśli zrobisz wszystko, pozwolę ci odejść.

Wtedy postanowił, że na wózku przejedzie Polskę wzdłuż i wszerz. Media rozpisywały się o jego wyprawie, kamery i mikrofony czekały w poszczególnych miastach, ludzie pstrykali fotki.
Niedawno Przemek pokazał mi zdjęcia swoich odleżyn z tamtego czasu. Dokumentacja dla wybrańców. Znam takie obrazy z hospicjum. Wiem, jak było blisko. Przeszczep skóry na jedną z ran zamknął się 57-ma szwami. Dobrze poczułam, czym była tamta wyprawa - rozpaczliwą walką o wolność, godność, samostanowienie. Z pełną świadomością, że ceną może być życie.

Pamiętam opowieść o dniu, w którym Przemek dotarł na miejsce wypadku. Nieopodal wyrósł nie jego krzyż. Wiele rzeczy urodziło się wtedy na nowo. Poród tym razem nie w krwi, a na słono. Też płakałam.

Kilka razy wypadał z wózka i leżał przy drodze. Jedną z wypraw przypłacił sepsą, lekarze nie dawali mu większych szans. Wylizał się, po wielu szpitalnych miesiącach ruszył w dalszą drogę, poza granice. Nie tylko kraju. Prasa nazywa go: "człowiek-fenomen".

człowiek-fenomen

Zachwyt i rozpacz - Przemek mocno trzyma oba te bieguny. Upada i wstaje, wali głową w mur i przenika ścianę.

- Podjechałem do przejazdu kolejowego. Zobaczyłem sikorkę leżącą przy torach. Słyszałem zbliżajacy się pociag, wystraszyłem się. Spojrzałem śmierci w oczy. Czekałem na tę chwilę i wtedy powiedziałem sobie, że zrobię wszystko, by żyć. Jeśli się nie uda, wrócę tutaj z podniesionym czołem - nawet jeśli nikt prócz Boga nie zauważy tej walki, tak jak nikt nie zwrócił uwagi na ptaka przy torach.

W moim pokoju wisi zdjęcie Przemka wpatrzonego w ocean. Ręka zwisa bezwładnie, przerzucona przez balustradę pomostu. Ciało odcięte szarą linią wody, głowa ponad horyzontem. Serce tak duże, że nie mieści się w kadrze.




- Milion razy myślałem o śmierci, ale przede mną jeszcze długa droga. Nawet jeśli kiedyś uważałem się za twardziela, to właśnie paradoksalnie dzisiaj - tonąc w bezsilności i zależności - jestem nim bardziej niż wtedy. Tyle, że nie ma to dla mnie większego znaczenia, Aga. Idę sercem.

W lipcu Przemek rusza z ekipą nad Atlantyk. Do pokonania na wózku ma przeszło 2 tysiące kilometrów. Na pustyni Małego Księcia była studnia. Przemek ma swoją latarnię na francuskiej wyspie Ouessant, światło we mgle. I wiem, że nic go nie zatrzyma.

Szukam twardzieli, którzy naładują akumulator w jego niebieskiej bryce; Przemek nie bardzo umie prosić o wsparcie.

Ale ma przyjaciół.
:)

.

19 kwietnia 2012

Najazd

...



Rytm dnia ustawia mi miasto na "O". Punkt dwunasta, wybijam.
Mijam kiosk, aptekę, sklep z ciuchami, kaplicę, bar, drogowskazy. Zamiast aut suną łóżka, blaszaki z obiadem, sprzątające kombajny.
Prawdziwe polis pod dachoskłonem.
Japończycy tym razem bez aparatów; laptopy w pokrowcach, notatki pod pachą, przerwa w transmisji studenckich danych. Do windy drobię za nimi jak gejsza.
Bram miasta strzeże domofon - się dzwoni, się czeka, się wstępuje. W samo południe. Ręce myte zgodnie z ruchem wskazówek. Paznokcie krótkie, bez lakieru, dłonie sprane, używane. Lubię.

W centrum ty, niczym Ellenai z obrazów Malczewskiego; na pierwszym planie stopy. Prostopadłe.

Jestem – mówię.

Jesteś, mrugasz.

Za głową ściąga: saturacja ok, ciśnienie w miarę. Wiem, na jaki wykres patrzeć, gdy opowiadam. Wiem, kiedy przestać, kiedy rozczesać ci myśli - powyżej stu piętnastu czegoś.

Udaję kuzynkę; w "O" nie ma miejsca dla przyjaciół. Gram świetnie, na wielu bębenkach. Dziś pierwszy raz się wydurniam. Opowiadam o komiksach, które rysuje twój syn:

- Wszystko fajnie, jest fabuła, ludziki mają ręce i nogi, tylko nie rozumiem, dlaczego wciąż atakują je jakiś siki, kupska i latające wucety... Dziwne to twoje dziecię, zdecydowanie!

I stał się cud. Cud prawdziwy.

Uśmiechnąłeś się tak szeroko, że zobaczyłam zęby.
Najpiękniejszy pierwszy uśmiech, jaki widziałam.

Wyrwa w murze.


Do torby spakowałam "Mikołajka".


Najeżdżam na miasto.



.

16 kwietnia 2012

Glosa

...


Słucham twojej muzyki wciśniętej do ucha, przed zaśnięciem trenuję twój bezruch. Staram się nie połykać, nie móc odkaszlnąć, przesunąć ręki/nogi, nie domykać warg, nie pić, zagorączkować. Poniżej szyi czuję łaskoczącą końcówkę tracheotomijnej rurki, włos na policzku, chłód klimatyzatora. Jakiś kabel tnie mi pachę.

W ciemności regularnie słyszę głosy. Ciepłe, kobiece, którym ufam.
Mówią jaki jest dzień, godzina, plan. To na ich prośbę otwieram oczy, stukam powieką tak-tak. Odpowiadają na niezadane pytania, uprzedzają każdy dotyk. Rzeczy nazywają po imieniu.

Głosów w mieście na "O" jest znacznie więcej.

Niepotrzebne skreślam.

Pionowym gestem powieki.



.



.

12 kwietnia 2012

Miast'to

...


Na początku było słowo, dźwięk właściwie, jasna kropka w granatowej ciszy. I powidoki. Po czym - nie wiesz, nie pamiętasz. Pomarańczowo-fioletowe plamy sunące jak obłoki, gdzieniegdzie czerwień.
Pod powiekami obraz śnieży, mrowi.
Nie otwierasz jeszcze.

Dźwięków coraz więcej; wracasz z jaskini w ramiona miasta.

Miasto na "O", spore, nowoczesne, o cyklach rytmicznych i pewnych. Barwne neony, rozświetlone wieżowce, gmachy, pnącza kabli, światłowodów, rur. Sygnalizacja działa bez zarzutu, choć trzeba przywyknąć do drobnych różnic. Czerwone - idź, zielone - spocznij.
Sporo maszyn sprzątających; łagodnie buczą polerując deptak. Zaczyna się dzień - zgadujesz. Coraz większy ruch. Z lewej do prawej, z prawej do lewej pospieszne kroki; nie martwisz się, nie kibicujesz, na pewno zdążą, dzień się ułoży. Ktoś ściska ci mocno ramię, jakby się zgubił/żebrał/nalegał, by odprowadzić pusty koszyk. Stoisz prosto, nie rozglądasz się, nie prowokujesz. Po chwili jegomość rezygnuje; uczepi się innego - w każdym razie ty masz spokój. Ciśnienie w normie.

Czujesz się całkiem przejrzysty; miasto - perpetum mobile, płynnie przenika przez skórę do żył. Stapiasz się, nanizany na światłowody.

Żaden tam z ciebie homo viator; pępowina trzyma pewnie, oddycha. Nie musisz nic. Stoisz sobie, pod stopami krawędź. Za plecami bezpieczne oparcie. Siłą grawitacji przywierasz do antyodleżynowej ściany macicy.
Do muru.

To, że otwarłeś jednak oczy i czasem płaczesz, wyłamuje się ze schematu.


Reszta natomiast posłuszna miastu na "O".

Posłuszna do bólu.


.

7 kwietnia 2012

Wielka Sobota

...


Dwa obrazki.

Maszerujemy z Be święcić tradycję.
Chorągiewki machają z koszyczków. Wiatr i woda. Amen.

Potem, w kościele, kolejka z dzieciństwa. Na ladzie Jezus-miniaturka.
Na wznak. I biała chustka, co ściera ślinę, bakterie, nas.
Każdy tyka miarowo. Tik tak; dwa kroki do przodu, klęk, po'całunek, chusteczka, refleksja do pięciu i w bok. Następny, następny. Stajemy i my.

Dotykam stóp.
Ukrzyżowane, zimne, znieczulone plastikiem.

Kurtyna.



Na OIOMie leży się nago. Tylko białe prześcieradło - taka tradycja.
Ponad głową gwiazdozbiór żółtych, zielonych, pomarańczowych diod. Orkiestra gra. Respirator (w)chodzi basem. Zaprogramowana kolejność maszyn, które robią "pim" - na te zawsze można liczyć. Co pół godziny dołącza ciśnieniomierz; pompuje, pompuje i puszcza. Wyciszająca pewność rzeczy - ostatecznie.

J.Ch. tym razem wymiarowy. Stopy złożone jedna na drugą.
Dotykam ich na koniec. Ciepłe.

Nagle dwa obrazy się łączą.

Dobitnie.

Parawan.


.

6 kwietnia 2012

Pisanka

...


To będą dobre święta. Taki mam plan. Tak się postaram.


Atomek lżejszy o pół żołądka; od kilku dni na powrót w szpitalu - komplikacje pooperacyjne. Znów obiad z kroplówki, czekanie, noce bez snu.

- Zrobiłem się miękki Lolek; widzisz, nawet teraz płaczę.

Widzę, jestem, uśmiecham nas jak umiem.
Czasem nie umiem.

Gdy wiozłam go na onkologię, nie widziałam nikogo. Teraz w kadr wchodzą ogolone głowy: prawdziwy Woodstock, rak and roll - kroi się impreza. Kroi.

Wracam do hospicjum. Korek zatyka mnie na moście. Poboczem śmigają kurierzy, szybują ptaki, czyjeś dziecię popyla na hulajnodze. W dole policyjne wozy, panowie robią notatki. Na betonie, prostopadle do rzeki, leży worek. Całkiem szczelny i smukły. Kształt bez złudzeń.

Bombardowanie trwa, nalot za nalotem.

Kolega, jeszcze wczoraj na treningu i na chodzie. Dziś zerwany mięsień, zator, śpiączka, niedotlenienie mózgu. Pakuję się i w tę imprezę, bo przecież na OIOM można wchodzić od 12.00 do 13.00 i od 17.00 do 18.00. Normalni ludzie w południe pracują. A trzeba być. Rozmawiam z żoną - wdzięczność, kamień z serca.
Szumi respirator, w uszach dzwoni cisza. Dotykam kolegi, głaszczę po włosach. Gdyby był przytomny, umarłabym ze wstydu. Kolejnego dnia potrafię nawet mówić. Tyłem do pielęgniarek.

Bum, bum, błysk.

Mail od Sylwii, chłopaki zachwycone laptopem. Ponoć udają piłkarzy i robią ze sobą wywiady video. Uśmiech. Ja też robię wywiad - z kimś z mojej osobistej Pierwszej Ligi. Z wywiadu jasno wynika, że markery niepokojąco skoczyły. Kolejna impreza się rozkręca. Raczej nie wyrobię, myślę. Tyle mam zaproszeń. Ale to Pierwsza Liga. Myślę.

Świst.

Pani Marianna bardzo chciała spędzić święta w domu, wśród sąsiadów. Nie da rady. Obiecałam, że w niedzielę wieczorem się uściskamy, że zdam relację.

- Oj nie, nie trzeba, pani ma rodzinę... Dużo będzie gości?

Opowiadam o Sylwii i dzieciach. Wpadłam na pomysł, przeforsowałam, rano zwożę towarzystwo. My, Be, dziadkowie, Sylwia z chłopcami, duży stół. Widzę wyraźnie, jak cała czwórka rusza do ogrodu, przeczesuje teren, goni zające. Kupiłam tonę drobiazgów. Ciekawe, bardzo ciekawe: wszystkie związane z euro 2012.

Gdy narysowalam Mariannie święta z Sylwią, pokolorowałam pisankę, dała mi najpiękniejszy uśmiech świata.

Zrobię więc, co mogę.

Póki nie pęknie mi serce.


.

4 kwietnia 2012

Krzesło

...


Stoję przy Emilce na korytarzu. Rozmowa rośnie.
Nagle ktoś dyskretnie podsuwa mi krzesło. Jakby czytał w myślach.
Odwracam się, zdziwiona, i widzę białe plecy pani psycholog.

Zostaje krzesło i wdzięczność.
O'siadam.


Nawet nie wiesz, Marto, że to właśnie krzesło najbardziej pomogło mi wrócić.


.

2 kwietnia 2012

Nie do wiary

...


Od progu widzę zmianę. Pełniejsze wargi, rozluźniona twarz. Nie dowierzam, podchodzę na palcach.

- Dzień dobry. Może otworzę na chwilę okno, wpuścimy świeże powietrze.

- Proszę otworzyć.

Przedłużam czas przodem do parapetu, nieśmiało skubię żółte liście.

- Podleję, bo ziemia sucha.

Aprobata.
Czuję, ewidentnie coś się zmieniło.

- Będzie dziś mama? - pytam nieśmiało.

- Nie, dziś powiedziałam żeby nie przychodziła. Niech odpocznie. Wczoraj był ciężki dzień.

Nie do wiary, nie do wiary!

- Robię herbatę dla siebie. Napijemy się razem?

- A pani ma czas?

- Jasne. I chętnie się tu schowam na chwilę.

- Ok, niech pani zrobi.

- Agnieszka, może być?

- Edyta.


Matka od zawsze nieobecna. Zostawiła dom, dwójkę dzieci i ruszyła za miłością. Z Edytą i bratem został ojciec. O matce się nie rozmawiało.
Miłość matki zmarła na zawał. Edyta nie chciała rozmawiać, brat był bardziej miękki. Próby powrotu kończyły się awanturami.

- Po moim trupie! - krzyczała Edyta - Pamiętaj, po moim trupie!

Nie mogła wybaczyć, że matka, gdy oni ruszyli na studia, wprowadziła się do ojca. Jednak! Nie mogła wybaczyć, że ojciec był tak słaby/ślepy.

I tego, że ojca już nie ma. Że pierwszy.

Teraz, gdy sama jest chora, postanowiła zatruć matkę. Niech się zajedzie; żadnych opiekunek. Edyta z trudem przełknęła konieczność hospicjum.


A wczoraj stał się cud.
Matka, nie licząc na nic, opowiedziała o ucieczce z domu, o macierzyństwie rok po roku, które przygniotło. O samotności, o tym, że gdyby nie odeszła, rzuciłaby się pod pociąg. O dziadku, który zrobił jej potworną krzywdę. O ustawionym małżeństwie, pułapce. O bólu kobiety, która porzuca dzieci i potem, gdy już ma siły, nie może wrócić. O godzinach spędzonych w ukryciu pod ich oknami, o szkolnym boisku, po którym biegała Edyta.
W takich śmiesznych skarpetach z froty.

Córka, pierwszy raz, dotknęła ręki matki. Potem wtuliła policzek.
Tak się właśnie wybacza rzeczy nie do wybaczenia.

Dwie kobiety zataczają koło. Po spirali wracają do początku.
Na koniec.


...

Opowiedziałam Wam bajkę, przepraszam; pisanie o tym, co dzieje się naprawdę, nie jest tym razem możliwe.

Literatura - rzecz piękna.



.

30 marca 2012

Kulki

...


Edyta, lat niewiele więcej, długie rzęsy, wyostrzone rysy, blada.

- Mogę w czymś pomóc? Może zrobić herbatę?

- Nie, jest Matka. Niech się zajmie. Chociaż na koniec niech się ZAJMIE, wykaże. Poza tym obcy mnie męczą. I tak niewiele czasu mi zostało.

Nie biorę do siebie, wychodzę.

Na korytarzu mijam zmęczoną Matkę. Siwa kulka toczy się po kuchni, łazience, tarasie, odbija się od nakrochmalonych ścian. Sto powodów, zadań, zleceń, bezsensów.

Siadam przy Emilce, która, tak jak kiedyś pan Jacek, najlepiej czuje się na korytarzu. Widzi wszystko, nie musi dzielić sali. Rozmawiamy o koralach, bibelotach, pijemy herbatę.

Matka wychodzi. Niemodny, wiśniowy płaszcz, siatka, torebka, zmęczenie.

- Do widzenia państwu - bezbarwnie rzuca w naszą stronę.

Kula się w stronę przystanku.

Emilka w swoim żywiole. Oglądam kolczyki w kształcie żołędzi upolowane na targu staroci, słucham opowieści o innych domowych skarbach. Starcza ich na dobre 20 minut.

Na schodach ciężkie kroki.
Matka ma coraz dłuższe ręce, siatka szura po podłodze. Siwe kosmyki kołyszą się miarowo, kok się sypie. Matka staje za mną, opiera ręce na ramionach i szepce do ucha:

- Widzi pani. Byłam już na przystanku. Córka dzwoniła. Mam przesunąć stolik.

Reszta między słowami.

Gasnę, Emilka gaśnie, z jarmarku wracamy na korytarz. Gdy Matka wychodzi, wstaję i obiecuję, że będę często zaglądać do Edyty. Obie wiemy, że to nic nie da, że się nie ułoży.

Nic się nie ułoży.


Syzyf znów toczy się po schodach.
Kroki jak kulki grochu.

Echem o ścianę.


.

26 marca 2012

Babeczka

...


- Mąż przyjaciółki bardzo chory. Nie dają rady. Co robić, Aga? – w słuchawce głos Eli, żony Marka.

Po tygodniu trzymam Pawła za rękę. Paweł płacze.
Wiem, jakie są oczekiwania, nie mogę być jednak częściej niż raz w tygodniu. Poczucie winy plus 10; teoria, którą tłukę na studiach, na nic się zdaje.

Ta sama sala, w której umarł Marek.
Wiem, że jeśli Ela tu dotrze, będzie ciężko.
Ela dociera wieczorem.

Przyjeżdżam więc tego dnia raz jeszcze. Obok Pawła rodzina i przyjaciele. Ela ściska mnie jak siostrę. Dużo serdecznych słów, troski. Nie umiem sobie poradzić z wdzięcznością; robię się smutna. Mogłabym przecież więcej/częściej/bardziej.
Uciekam do innych sal i historii. Czas z rodziną jest zawsze czasem świętym, nie dla mnie. Wypracowałam własny kodeks.

Na koniec dostaję od Eli pudełko. W pudełku babeczki. Deja vu.

Dzień ostatnich urodzin Marka.
Ja zawekowana na uczelni. Wpadam do hospicjum dopiero około 22.00. Marek wręcza mi zawiniątko, które cały dzień czekało w ukryciu. Babeczki Eli - kruche, posypane orzechami, z pyszną masą kajmakową. Odprysk domu, normalności.
Jem w samochodzie i płaczę.

I teraz znów.

Wsiadam do auta, jest noc. W oddali miarowy szum dwupasmówki, niespieszne kroki wzdłuż płotu, blokowy patchwork ze świateł.
Silnik śpi.

Ten wieczór, tamten wieczór.
Słodkie ciastko ze szczyptą soli.

Do smaku.
Do domu.


.

20 marca 2012

Laurka

...


Profesor ma ciepłe, duże dłonie.
Profesor ma miękki policzek i pochylone plecy.
Profesor ma oczy, które się śmieją.

Profesor ma serce na dłoni.


Dłonie pulsują, ściskane przez odprowadzane dopokąd dzieci.

Doktorze Korczaku, módl się przed nimi.

.......


.

15 marca 2012

Pochodnia

...


Marianna nie lubi:
leżenia w łóżku, pizzy, księży.

Marianna lubi:
spacery wzdłuż rzeki, kluski z kapustą, sąsiadów.

Marianna, lat 36, wraca z pracy. Jedynak leży na podłodze.
Od wtedy - dokładnie - ma dziesięć lat.
Wyniki sekcji nieodebrane - do dziś.

Marianna, lat 82, pyta o ciąg dalszy.
- Pani synek w tym roku do Komunii?
- Szkoła muzyczna?
- Lubi kolegów?
- Choruje?

Życie toczy się dalej. Podajemy tę pochodnię w biegu i chwilę stoimy bezradnie. Z radością w oczach, jeśli naprawdę się uda.

Marianna wciąż się do mnie uśmiecha.
A ja wciąż się uczę.


.